wtorek, 11 czerwca 2013
Zgubnik
gatunek: Zgubnik (zwany Chowaczem)
rodzaj: Kleptomański
charakter: przebiegły i bezczelny
misja: ukraść, zdobyć, zachomikować jak najwięcej drobnych przedmiotów (im bardziej strategicznych i cenniejszych, tym lepiej) i ukryć bardzo dokładnie (w sposób przemyślany lub zupełnie przypadkowy)
występowanie: gospodarstwa domowe (wewnątrz i na zewnątrz), nasze Zgubniki szczególnie upodobały sobie kuchnię
Ginie wszystko: małe części od zabawek, klucze, długopisy, komórki, piloty, jedzenie. Najboleśniejsze są straty Przedmiotów Akurat Pilnie Potrzebnych takich jak np. bidon do picia, korek do brodzika, frida do odciągania gilów z noska. O losach bidonu można by już napisać powieść przygodową. Gdzie to on nie był! A raczej: gdzie się nie zapodział na jakiś czas... Nie tak dawno temu, po dwóch tygodniach intensywnych poszukiwań, odnalazł się przypadkiem na.. strychu, wrzucony między kartony i różniaste rupiecie. Był już pod łóżkami i meblami, zwiedził większość szuflad i szafek, zawieruszał się w krzakach, ale dziś dwa małe, wyjątkowo wredne Zgubniki przeszły same siebie. Żaden nie został przyłapany na gorącym uczynku, więc winię ich obu po równo. Otóż bidon odnalazł się na... kompostowniku. Spokojnie leżał sobie w połowie góry odpadków organicznych, które mamy w zwyczaju składować na zboczu naszej działki w ustronnym kąciku. Oczywiście podjęta przeze mnie próba uratowania cennego przedmiotu zakończyła się efektownym zjazdem na czterech literach z góry obierek, łupek od jajek i gnijących już odpadów a la surówka warzywna lekko nieświeża. Na szczęście obyło się bez świadków.
Jesteśmy cierpliwi. Szkolimy się z zakresu kryminologii śledczej, z naciskiem na odzyskiwanie zrabowanych łupów. Zabawa jednak przestała śmieszyć, gdy jakiś czas temu zginął palnik od całkiem niedawno zakupionej kuchenki gazowej. Śledztwo trwa. Przesłuchania nie przyniosły oczekiwanych skutków, bo obaj Podejrzani nie mówią.
niedziela, 9 czerwca 2013
sobota, 8 czerwca 2013
Borelioza
Bilans koszmarny: Bzyl - 1 kleszcz na czubku głowy, Roszek - 2, na udzie i na pleckach.
Bardzo się bronię przed kleszczomanią. Całe dzieciństwo (a szczególnie wakacje) spędziłam bawiąc się w Roobin Hooda, biegając po lasach i nie straszny był mi żaden kleszcz. Nie było mowy o boreliozie, nikt się tym nie przejmował. Do małych krwiopijców po prostu przywykłam, a nawet w kręgu znajomych uchodziłam za specjalistkę od ich wyciągania (szczególnie bezdomnym psom i kotom). Gdy byłam w ciąży z Bzylem odkryłam na nodze wielki rumień (był listopad i żadnego kleszcza sobie w tym czasie nie przypominam). Tak, to była BORELIOZA. Na szczęście rumień to stadium początkowe - prątki są tylko w nim. Trzy tygodnie przyjmowałam antybiotyk i teoretycznie powinno być ok. Pani Doktor od Chorób Zakaźnych zapewniała mnie, że dziecku nic nie grozi. Gorzej jest, gdy rumień się przeoczy, zbagatelizuje, lub zwyczajnie się nie pojawi. Wtedy prątki boreliozy włażą do serca, do mózgu, do stawów i zaczyna się zabawa. Mnóstwo dziwnych objawów uprzykrzających życie, choróbsko bardzo trudne do zdiagnozowania, testy nie dają 100% pewności, a i leczenie żmudne i nie zawsze skuteczne - miesiące na antybiotykach. Miałam szczęście, że pojawił się rumień i szybko zareagowałam.
Każdy sezon letni chłopcy kończą z kolekcją przynajmniej kilkunastu kleszczy. Nie ma na to rady. Ale za każdym razem drżę. Jedyne wyjście - przeprowadzić się :(
A już jutro... :)
czwartek, 6 czerwca 2013
Bzyl Day
Zaczęło się od wodnistej mazi, która ni stąd, ni zowąd zalała Bzylowego pampersa, spodnie, body i co tam jeszcze miał na sobie. Zaraz potem nastąpił wymiot o zasięgu mniej więcej metra kwadratowego i sile rażenia strumienia ze strażackiej sikawki. Spanikowałam. Na szczęście po drakońskiej diecie (woda i biszkopty) borykamy się już tylko z cuchnąca mazią w pampersach.
Dziś też Bazyli został przebadany przez Panią Psycholog, bo spokoju nie dawało mi to, że jest totalnie aspołeczny. I, owszem, może to być wstęp to autyzmu, ale nie musi. Trzeba czekać, aż zacznie mówić i wtedy powinno się wyjaśnić. A przed nami jeszcze badanie logopedyczne i pedagogiczne.
Nie może być w życiu za prosto. Mści się na mnie lekkoduszne przekonanie, że skoro drugie dziecko zdrowe, to z górki. Niekoniecznie.
wtorek, 4 czerwca 2013
Transylwania
Dzieci, jak co roku, przyjęły na siebie rolę żywych kleszczołapek. Niemal codziennie wyciągam jakiegoś małego Draculę. Bilans na dzień dzisiejszy jest niepokojący: P. - 2, Bzyl - 2, Roszek - 1, ja - 1. A dopiero maj za nami. Takie są uroki mieszkania w Transylwanii na obrzeżach lasu.
Z nasza Panią Profesor z Łodzi gramy w grę. Nazywa się to głuchy telefon - ja dzwonię, a ona nie odbiera.
Wszystkie złe myśli chowam skrzętnie do skrzyneczki z napisem Na potem. Zawsze jeszcze zdążę się pomartwić.
piątek, 31 maja 2013
Królowa Nauk
Chłopcy mają katar. Funkcję Najlepszego Przyjaciela Domu czasowo pełni inhalator. Tak jakoś się utarło, że przy inhalacji śpiewam im piosenkę z Pszczółki Mai. Jedna inhalacja jednego Łobuza to jakieś 7 kawałków o Mai. I teraz sama nie wierzę w to, co zaraz nastąpi - na Roszkowym blogu zagości na chwilę matematyka, z którą, delikatnie (a nawet bardzo delikatnie) mówiąc, nigdy nie było mi po drodze. Otóż 7 kawałków o Mai razy 2 Łobuzy, razy trzy inhalacje dziennie, daje razem.. jakieś 42 pioseneczki o małej pszczółce każdego dnia. Czyli w tym tygodniu odwaliłam czarną robotę za Wodeckiego.. 294 razy!
Maju, cóż zobaczymy dziś?
niedziela, 26 maja 2013
Laurka
Na pierwszej stronie: imponująca kompozycja z motywów roślinnych, żywe kolory, tradycjonalizm w pełnej krasie, aczkolwiek niepozbawiony wpływu nowoczesności w postaci płyty kompaktowej użytej jako tła i futurystycznie błyszczącego zielonego papieru - podziwu godny i pracochłonny wkład Pań Przedszkolanek.
Na odwrocie: twórcza eksplozja Pomarańczowej Alternatywy w wykonaniu Roszka. Nurt zdecydowanie ekspresjonistyczny i ultra nowoczesny.
Dla mnie bomba!
sobota, 25 maja 2013
Tłumacz
Roch się rozgadał. Opowiada i opowiada, przejęty niesamowicie.
Potrzebny tłumacz. Od zaraz!
czwartek, 23 maja 2013
Welcome To The Jungle
Ewakuacja nastąpiła po mniej więcej 3 godzinach.
Dopiero wyjście do ludzi uświadomiło mi, jakie mam w domu dzikusy.
DZI-KU-SY!
DZIIIIIIIIIIIIIKUUUUUUUUUUUUUSYYYYYYYYYYYYYYY!!!!!!!!
Jedyną chwilą, gdy obaj moi Synowie zainteresowali się treścią sensu stricto wycieczki (odwiedziliśmy Wioskę Indiańską) był moment, kiedy Pan wyciągnął wielki indiański bęben. Roszek wykrzyknął: memenek! I tłuk pałką zapamiętale.
środa, 22 maja 2013
Gilasowo
A jutro wielki dzień - pierwsza wycieczka przedszkolaków w towarzystwie rodziców. Bzyl się też załapał, i oto jedziemy! Ja i Łobuzy dwa. Ha! Gdyby nie deklaracja Pań przedszkolanek, że zajmą się Roszkiem, to bym się nie odważyła - jechać SAMA JEDNA z nimi DWOMA. A tak...
Jak mawia nasz serdeczny kolega: trzymajmy się ramy, to się nie posramy!
poniedziałek, 20 maja 2013
niedziela, 19 maja 2013
Łapka w łapkę
Pomaszerowaliśmy w las. Jak Krzyś i Puchatek w Stumilowym Lesie - jego pulchna łapka w mojej, Mały Misio, tupu tupu, szuru buru po liściach.
Cudownie jest, powietrze jest,
mam ręce dwie, mam nogi dwie (...)
/Edward Stachura/
Cudownie jest.
sobota, 18 maja 2013
Coś, co Tygryski lubią najbardziej
Roszek ćwiczy zapamiętale nową umiejętność - chodzenie do tyłu.
Najchętniej po schodach, z góry na dół :(
Bazyli, jak prawdziwy Celebryta, gdzie się nie zjawia, ściąga na siebie uwagę wszystkich. Urokiem osobistym i wrzaskiem. Ale widzę poprawę. Malutką.
A na deser coś, co Tygryski lubią najbardziej:
Opuszczanie Przybytku Radości zakończyło się półgodzinną żałobą w wykonaniu Roszka. Lamentacyjną.
niedziela, 12 maja 2013
Silne postanowienie
Przyszła pora ostrzyc stado.
Spuśćmy zasłonę milczenia na Ten Haniebny Proceder.
Napiszę tylko, że:
Bazyli stał się posiadaczem ślicznego szlaczka nad lewym uszkiem.
Roszek nad karczkiem ma zarys górskiego pasma Rysów.
Ja i P. mamy silne postanowienie - NIGDY więcej.
piątek, 10 maja 2013
środa, 8 maja 2013
Love Story
Już mam dość tego romansu, choć to dopiero początek telenoweli.
Pierwsze koszenie trawy za nami.
Stan paluszków u nóżek i rączek - bez zmian.
Stan nerwów - zszargane.
***
Po miesięcznej przerwie, niechętnie, acz z poczucia obowiązku, przeprosiłam się z numerem kierunkowym do Łodzi i oto cud! Połączenie z naszą Panią Doktor za pierwszym razem!
Na przytaczanie treści rozmowy szkoda tracić cennych literek.
To chyba tak być musi - dance macabre po liniach telefonicznych.
Ja swoje, oni swoje.
Ja: be.
A oni: me, mee, mee...
poniedziałek, 6 maja 2013
Dzień Wielkich Ucieczek
Na pokojowy powrót do domu z dalekich ucieczek sposób jest tylko jeden - zaśpiewka, której w dzieciństwie nauczyła mnie mama:
Wędrowali szewcy przez zielony las,
nie mieli pieniędzy, ale mieli czas.
Wędrowali rypcią pypcią
i śpiewali rypcią pypcią.
Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas!
Niewtajemniczonym wyjaśniam: śpiewamy, dziarsko maszerując, a na rypcią pypcią robimy pół kroku w przód i pół w tył. Roszek pomaszeruje w rytm tej piosenki na koniec świata i jeszcze dalej.
Bzylek, biorąc przykład ze starszego brata, uciekł do garażu sąsiadów.
Tak, wczorajszy dzień to wyraźny znak, że dotychczasowe zabezpieczenia terenu w postaci płotu, bramy i furtek są już niewystarczające. Może czas na zasieki z drutu kolczastego albo fosę z pływającymi w niej aligatorami?
Any ideas?
czwartek, 2 maja 2013
Cud niepamięci
Tak, tak, bawimy się wraz z P. w zaniki pamięci - cóż za relaks i odprężenie!
Tak cudownie żyje nam się bez tego całego napięcia szpitalno-operacyjnego, że pozwoliliśmy sobie na czas jakiś zapomnieć, że nas to jednak DOTYCZY. Ot, co! Żyjemy sobie spokojnie, bezpiecznie, bez większych emocji związanych z takimi dylematami jak: czy nasze dziecko przeżyje operację? czy my przeżyjemy, jeśli ono jednak nie? itd. itp. ect. Przestałam w myślach codziennie pakować walizkę do szpitala i wizualizować sobie zatroskane oblicza lekarzy załamujących ręce nad poplątanym sercem naszego Rocha. Zmęczony mózg oddycha z ulgą - wreszcie zwykłe codzienne problemy: co zrobić na obiad? jak ubrać dzieci? pozwolić im zjeść jeszcze jedno ciastko czy nie? Co za komfort życia - zapomnieć na chwilę, że jednak nas czeka co nie co. Nie przyłapywać się co chwilę na gdybaniu, czy to nie aby nasze ostatnie chwile razem? Nie czuć guli w gardle patrząc, jak Roszek beztrosko się śmieje, wiedząc, ile jeszcze przed nim walki o życie. Tak, zapomnieć, że ma się przed sobą Bitwę O Wszystko - bezcenne.
Tak więc trwamy w niepamięci tego, co złowrogo czai się za rogiem. Niedługo przyjdzie mi otrzepać się z błogostanu i chwycić za słuchawkę od telefonu. Droga na szczyt wiedzie bowiem po kablu telefonicznym, pierdyliony światłowodów w tę i we w tę, aż do skutku.
Tymczasem - cud niepamięci niech się święci...
wtorek, 30 kwietnia 2013
Ólik
- Ówka...
- A kto robi ko ko?
- Urka...
- A kto robi chrum chrum?
- Inka...
- A kto robi miau miau?
- Otek...
- A kto robi tu tu?
- Łoń...
- A kto robi ihaaa?
- Onik...
- A kto robi hau hau?
- Iesek.
- A kto robi..
Nie zdążyłam się zastanowić, a Roszek:
- Ólik!
No właśnie, jakie dźwięki wydaje królik? :)