niedziela, 13 lutego 2022

Nad przepaścią

  

 

Dziś ostatni dzień ferii... Mogę to oficjalnie ogłosić - PRZEŻYLIŚMY. I nie, nie dramatyzuję, nie wyolbrzymiam... Znaleźliśmy się na krawędzi, nad przepaścią.. i dosłownie (jak na zdjęciu powyżej, i , niestety, w przenośni :) Pierwszy tydzień ferii był jednym z najtrudniejszych w naszym (moi  i P. życiu), łatwo się domyślić, dlaczego...  

Bazyli został porwany przez czarne szpony autyzmu w inny, koszmarny wymiar, gdzie każdy dźwięk boli, gdzie wszystko denerwuje, gdzie natręctwa nie dają ani chwili spokoju. a krzyk jest jedynym sposobem wyrażania siebie. Gdy Bazyli zostaje porwany w tę przedziwną, upiorną przestrzeń wewnętrzną, my - jego rodzice - lecimy za nim, chcąc nie chcąc. Oczywiście - chcemy ratować, pomóc, ulżyć własnemu dziecku. Ale szybko ta podstępna niemoc oblepia nas jak gęsta, czarna smoła i stajemy się biernymi upiorami, które tylko nieudolnie próbują gasić coraz to nowe pożary, skacząc sobie przy tym nawzajem do gardeł i pochlipując ukradkiem i jawnie (każde w swojej wewnętrznej samotni). Gdy z dzieckiem dzieją się rzeczy niepokojące, ba, straszne, gdy to zaburza całą codzienność w takim stopniu, że 15 minut bez ataku, awantury bądź demolki mieszkania zaczyna dziwić a nie cieszyć... Wtedy my, rodzice, lecimy, na łeb, na szyję, w otchłań. Obwiniałam się - że słała psychika, natura histeryczna, nadwrażliwość. Psycholog uspokaja - czujesz się adekwatnie do sytuacji, bo jak inaczej mogłabyś się czuć? Każde z nas radzi (bądź nie radzi) sobie inaczej z tą sytuacją. Tak, ferie zaczęły się koszmarnie.. Ukochana Babcia kuruje się w sanatorium, co dodatkowo pozbawiło nas najważniejszego strategicznego wsparcia. Dziadek dzielnie trwał na posterunku, nawet został u nas na noc, co na pewno trochę pomogło, bo Dziadek ma do Bazylka morze cierpliwości. Ale było trudno. Hardcorowo. Dlaczego o tym piszę? Żebyście rozumieli, dlaczego rodziny takie, jak nasza, przestają istnieć społecznie, nie są w stanie podejmować najprostszych rodzinnych aktywności, nie uczestniczą w życiu kulturalnym, rekreacyjnym i nie dzwonią do znajomych np. na pogaduchy. I dlaczego dla mnie kwestia zawieszenia huśtawki w pokoju chłopców jest sprawą "życia i śmierci", bo tylko ona pomogła Bazylemu sensorycznie przetrwać te dwa tygodnie. A jak jemu, to i nam.

A we mnie (i zapewne w P.) jest głęboka tęsknota za "normalnym" życiem. Za górami, niespieszną wędrówką szlakiem, za ciepłą herbatą w schronisku, za zwiedzaniem pięknych miejsc (to moja tęsknota z racji wykształcenia i rodzinnej pasji - i nie mam na myśli zwiedzania Luwru, a ruinek kościoła w pobliskiej wsi). Rozpaczliwie potrzebujemy czegokolwiek, co nakarmi nasze dusze i pozwoli na chwilę poczuć się "normalnie". Wiem, okropne słowo NORMALNOŚĆ i pewnie coś takiego nie istnieje. Używam go umownie, by określić ten stan, gdy jesteśmy względnie spokojni, zrelaksowani, nie targają nami żadne dramatyczne emocje i warunki wokół nas są bezpieczne i sprzyjające (nikt nie wrzeszczy, nie tłucze talerzy, nie łamie mebli i nie wyjada maści na ból pleców). Za TAKIM stanem tęsknimy desperacko. Za tym też na pewno tęsknią Endorfinki, Bo Baz najgorzej znosi siedzenie całymi dniami w domu - w czterech ścianach wpada w pułapkę swoich stymulacji, nachalnych przymusów, zaczyna się nudzić i denerwować. A Roszek... ileż można uciekać przed wrzaskiem brata?

Na szczęście odbiliśmy się od tego dna i drugi tydzień przyniósł uspokojenie. Baz się wyciszył, więc otworzyła przed nami szansa na jakiś wyjazd - choć na parę godzin, by udawać przed sobą i resztą świata, że mamy na to siłę :) A często okazuje, że jak człowiek podejmie trud i się zmusi, to jednak siłę ma :) Pojechaliśmy odwiedzić ukochaną Babcię w sanatorium, a parę dni później wspiąć się na wieżę widokową w Świeradowie Zdroju. I to był ten oddech, którego tak potrzebowaliśmy, te kilka chwil w innej przestrzeni, z nowymi bodźcami, innym powietrzem... Dopiero, gdy uda nam się gdzieś pojechać, zazwyczaj tylko na kilka godzin, dociera do mnie, jak wiele nas omija i jak bardzo za tym tęsknię. Niestety. zazwyczaj cała logistyka i przetrwanie podróży jest tak trudne dla nas, że nieprędko decydujemy się ponownie na jakąkolwiek wycieczkę. Tym razem również nie było lekko, Roszek wymiotował przez krętą drogę wijącą się po górskich serpentynach, a Bazyli połowę podróży wrzeszczał i tłukł się o fotele. Podróż samochodem jest dla niego bardzo trudna - ze względów sensorycznych (szybki ruch za szybą, buczenie, hałas) jak i przez stałą obecność Roszka, której Baz znieść nie może :( Nieustannie zadziwia mnie ta antypatia do brata, bo każdy, kto poznał Roszka potwierdzi, ze to najmilszy i najkochańszy chłopak na świecie. Ale nie dal Baza :( Ale cośmy zobaczyli i czego doświadczyli - to nasze :)

Dojście do wieży z najbliżej położonego parkingu jest krótkie i dość łatwe. Chyba, że na drodze leży zbity i topniejący śnieg... Daliśmy radę, ale w drodze powrotnej, z górki, nie obyło się bez nagłego zjazdu na pupie..

 

 

 
 
Kładka nachylona jest pod kątem 6,5 stopnia, więc wchodzi się bardzo spokojnie, bez zadyszki. To wspaniały spacer wśród koron drzew :) Endorfinki nic a nic się nie bały. Konstrukcja wieży jest bardzo solidna i przestronna.
 
 
 

 


Na szczycie jest szklany balkon,  na który nie każdy ma odwagę wejść. Ku naszemu zdumieniu, Roszek jako pierwszy na niego wkroczył, a zaraz za nim Bazyli. Mama, jako najcięższa z drużyny, testowała wytrzymałość podłogi :)



Sporą atrakcją jest też siatka rozwieszona na wysokości... 60 metrów od ziemi, bo taką wysokość ma wieża. Dorośli raczej omijają ją szerokim łukiem... Dzieci za to biegają po niej beztrosko! Z naszej ekipy jedynie Roszek odważył się na nią wejść! Wszyscy byliśmy w szoku, bo Roszek zazwyczaj jest najbardziej strachliwy i ostrożny.




Widoki są przepiękne :) Z jednej strony zamglone pasa gór, z drugiej - wspaniały widok na Świeradów Zdrój. Na dół schodzi się ta samą drogą, która się wchodzi. Dla odważnych są tunele, którymi można przechodzić między kładkami.






 

Bardzo Wam polecamy to miejsce. Bilety są drogie, ale nie ma ograniczenia czasowego i można pomalutku, w swoim tempie piąć się do chmur. Spokojnie można jechać też wózkiem. W dobie pandemii taka atrakcja na świeżym powietrzu wydaje się dość bezpiecznym miejscem. Mało jest miejsc, gdzie możemy dotrzeć z Endorfinkami, czuć się bezpiecznie i rozkoszować się jednocześnie pięknem gór. Wieża Sky Walk w Świeradowie Zdroju na stałe zagości na naszej liście miejsc wartych odwiedzenia :) 

Ferie dobiegają końca. Pomału wylizujemy rany i z nadzieją (ale też strachem) czekamy, co przyniesie nam życie. Strrrrrach się baaaać!





środa, 22 grudnia 2021

Schizofrenia


 

Od jakiegoś czau mam dziwne wrażenie, że żyję w dwóch światach - jakże różnych, odległych od siebie... Jak pewnie zauważyliście, bardzo rzadko piszę już na blogu :( Często robię to w myślach, np. jadąc samochodem, układam w głowie cały wpis, z którego jestem dumna... A potem przychodzi proza życia i czasu i siły, by te refleksje spisać - brak. Ale nie będę się za to biczować, o nie... Zbyt surowi jesteśmy dla siebie samych, o tak... A potem z tego napięcia tchu aż brak...

Miało być o życiowej schizofrenii... Ano tak. Przyspieszyło nasze życie rodzinne, bardziej zintensywniało nam przynajmniej w dwóch obszarach, zupełnie skrajnych - dodajmy. Jednym obszarem jest Bazylandia, ta dziwna, dzika kraina, w której na powierzchni planety bulgoczą gejzery gniewu, w powietrze wzbijają się opary trującego gazu. Bazyli przez ostatnie dwa miesiące prezentował tak szeroki wachlarz trudnych zachowań, że nie podejmę się chyba wymieniania ich tu wszystkich na blogu. Wystarczy, że powiem Wam, że na scenę wkroczyła agresja i autoagresja - dwie zmory, których baliśmy się najbardziej, i które i naszego syna niestety dopadły :( Patrzenie bezradnie, jak Wasze ukochane dziecko wali głową w ścianę, krzycząc przeraźliwie, nabijając sobie ciągle nowe siniaki, jest tak obezwładniającym stanem, że potem ciężko wrócić do rzeczywistości. No nie da się. Jakby nas ktoś ostrym nożem pokroił na plasterki i człowiek musi już taki żyć - poćwiartowany. Całą rodziną żyliśmy więc w traumie, ciągle wyczekując ciosu, wybuchu nowego wulkanu niezadowolenia lub frustracji. Coraz trudniej było nam wytrzymać dzień, coraz trudniej było nam podróżować samochodem, coraz trudniej wyjść na spacer... A Baz robi się coraz silniejszy i coraz większy... Roszek nauczył się już dawno schodzić mu po prostu z drogi, a i tak kilkanaście razy został popchnięty przez wściekłego brata. Dołóżmy do tego mnóstwo problemów z tzw. toaletą, utrzymaniem czystości w majtkach i dookoła siebie, koszmarną męczliwość słuchową (jest noc i właśnie Baza obudziło moje stukanie w klawiaturę, choć śpi w innym pokoju), mnóstwo wrzasku i bałaganu, moich łez i krzyku, zaciśniętych w gniewie i bezradności ustach P. i mamy obraz naszej Endorfinkowej Rodzinki z ostatnich dwóch miesięcy. Nie miałam siły pisać. Nie chciałam. Chciałam się zakopać gdzieś głęboko i obudzić w innym życiu, w którym moje dzieci są sprawne i przede wszystkim szczęśliwe, a ja nie boję się własnego, niespełna 11-letniego synka... Tak się niestety nie da. Więc zeszliśmy na ziemię i postanowiliśmy robić, co się DA. A więc psychiatra, a więc leki, i to nie wyciszające, a antydepresyjne. Dla Bazylka. Bo dojrzewa. Bo ciężko mu sobie poradzić z emocjami. Wprowadzanie leków to gehenna, nasiliły się jeszcze wszystkie niepożądane zachowania. Dojechaliśmy do dawki docelowej (bo takie leki wprowadza się stopniowo, od dawek minimalnych począwszy) i nagle Bazyli stał  innym dzieckiem - spokojnym, uśmiechniętym, łagodnym. Nie wiedziałam, co z sobą zrobić! Choć nikt nie płakał, ciągle słyszałam Bazylka płacz... Jak żołnierz, który zszedł dawno z pola walki, a ciągle słyszy huk wystrzałów. Piszę Wam o tym w zawieszeniu, bo od dwóch dni obserwujemy znowu lekkie nasilenie nerwowości Baza, więc jeszcze się trzymamy, ale na włosku. Trzymajcie kciuki, bo już tylko to nam zostało...

 


A dlaczego wpis ma tytuł schizofrenia? Bo w tej całej naszej rodzicielskiej rozpaczy przytrafiły nam się cudowne działania muzyczne, z niesamowitymi ludźmi, moja piosenka po raz pierwszy poleciała w radio Nowy Świat. I człowiek próbuje się cieszyć, ale jednak ciężko, bo domowa rzeczywistość ma o wiele silniejszą grawitację i każe pełzać z nosem tuż przy ziemi, a nie fruwać. Bo rozmawiam z Panem Dziennikarzem, a zaraz wycieram kupę, piątą tego dnia. Bo odmawiam udziału w koncertach, bo nikt już z naszym synkiem nie da rady zostać, nie na tak długo. Bo fani czekają na płytę, a jedyne, na co mamy siłę po ciężkim dniu to sen i cisza, a nie mozolne nagrywanie partii gitary czy wokalu. A jednak ciągle brniemy w tę muzykę, po pas w bagnie problemów i wyzwań, ale do przodu. I takie to dziwne. I piękne. Taka schizofrenia moja prywatna, która, paradoksalnie, ratuje mnie przed szaleństwem.

Kochani, są też jasne punkty naszej rodzinnej codzienności - Bazyli nadal kocha jazdę na rowerze, jeździ codziennie, po placu przed domem, nawet po ciemku i po śniegu- z latarką czołówką na czole :) Spędził niedawno też pierwszą noc poza domem bez nas i bez dziadków, za to z kolegami i koleżanką z klasy i Paniami Nauczycielkami. I świetnie się bawił. Roszek Groszek nadal roztacza dookoła aurę czarującego, młodego człowieka, i choć bardzo zamknął nam się w sobie i jedyne, co chce robić to śpiewać i słuchać muzyki, to jednak na swój sposób w swojej prostej konstrukcji jest szczęśliwszy od młodszego brata i daje nam dużo radości swoją bezinteresowną czułością do świata. I, po raz kolejny, wsparliście nas hojnie w postaci 1 % podatku, co jest nieocenioną latarnią rozświetlającą mrok naszych trudnych wyzwań. Poświęcę temu osobny wpis, jak ucichnie świąteczna zawierucha :)

Jak to się kiedyś mówiło: "trzymamy się ramy, to się nie posramy". Jak to stare, niewinne powiedzonka z dzieciństwa zyskują teraz większy ciężar emocjonalny... Nadziwić się nie mogę.


Choinki ubrane. Lampki świecą. Odpuściłabym w tym roku, ale Roszek święta kocha, a ostatnio jego dwa ulubione słowa to: goście i prezenty.


Plan jest prosty: przetrwać :)


 



niedziela, 19 września 2021

Pasja

 

Jeszcze nie tak dawno pisałam tu na blogu, o tym, że marzę, by Bazyli miał jakąś pasję... Roszka pochłania świat muzyki, to go uszczęśliwia i zapełnia całe dnie... Bazyli oddawał się natomiast z lubością autostymulacjom, a każda nowa "zabawa" okazywała się dość problematyczna... Pokochał zabawę ciastoliną, niestety zaczął ją zjadać. Kochał chodzenie po pniach zwalonych drzew - niestety komary sprawiły, że samemu Bazkowi się odechciało... Pokochał wodę i naukę pływania, na to stawiałam i do tej pory najwięcej w tym kierunku zrobiliśmy... Niestety, przyszła męczliwość słuchowa, i na zajęciach na basenie Bazyli więcej zatyka uszy niż pływa. Pływanie w słuchawkach daje jakąś ulgę, ale jednak połowę czasu na pływalni Bazyli oswaja się z tym miejscem i bardzo opornie wchodzi do wody. Nauka pływania w małym basenie w przydomowym ogródku też nie była częsta, ze względu na nasze wyjazdy i nie tak bardzo upalne lato...  Udało nam się zachęcić Baza do jeżdżenia na hulajnodze, ale pasją bym tego nie nazwała....

A jednak, nadzieję trzeba mieć... Doczekałam się!

Rower! Po prostu - rower!

Gdy Endorfinki były malutkie, jeździliśmy na wycieczki rowerowe po okolicy. Chłopcy początkowo jeździli w fotelikach rowerowych, potem w przyczepce. Ale szybko wyrośli i z jednego i z drugiego, a nam skończyły się pomysły. Ku mojej rozpaczy - żaden z nich nie chciał jeździć na rowerku biegowym, co wspaniale stymuluje rozwój mowy...  Bazyli dostał nawet od Dziadka piękny, niebieski rowerek do nauki jazdy, z przykręcanymi bocznymi kółeczkami, i na nim nauczył się pedałować, ale kierowanie, hamowanie, to było nie do przeskoczenia. Na lata temat roweru zaległ gdzieś w piwnicy naszej głowy. Czasem tęsknie spoglądałam na miejscowe dzieciaki, popylające na swoich rowerkach cała paczką, na rodziny jeżdżące rowerami na wycieczki... Dwa lata temu dostaliśmy od wspaniałej Grażynki rower trzykołowy dla osób niepełnosprawnych... To był jakiś mały przełom, bo na takim stabilnym sprzęcie Bazyli czuł się pewniej, choć jeszcze ciut za duży ten rower był dla niego do nauki. Jednak co jakis czas Bazyli przymierzał się do niego... Oswajał. Próbował. Przez moment rozważaliśmy zakup doczepki do roweru, czyli takiego rowerka bez przedniego koła, który doczepia się ro roweru rodzica. Dziecko siedzi na nim, pedałuje, ale nie może skręcać. Jednak szybko wycofaliśmy się z tego pomysłu, bo Baz był już gabarytowo na takie rozwiązanie za duży...

Na tegorocznym turnusie nastąpił prawdziwy przełom - Bazyli dorwał tam podobny, trzykołowy rower, ale zdecydowanie mniejszy od tego, który miał w domu. I zaczęło się! Biedny P. codziennie biegał za nim wokół ośrodka, a Bazyli z zacięciem ćwiczy skręcanie, pedałowanie, hamowanie... 


Myśleliśmy, że to magia miejsca i konkretnego rowerka, że po powrocie do domu nasze rowery nadal będą się kurzyć. Jakże się myliliśmy! :D Przez całe wakacje Bazyli codziennie wsiadał na rower. Największą pracę wykonał P., który codziennie, często zmęczony po pracy, biegał po wsi za pedałującym na oślep Bazylkiem... Lekko nie było - Baz zamykał oczy, odwracał do tyłu głowę, nie zwracał uwagi na to, ze nadjeżdża samochód, że idą piesi... Co P. przeżył na tych bieganych przejażdżkach, to jest tylko jego... Ale... żaden z nich się nie poddał! Obaj Dziadkowie, gdy tylko przyjechali do nas, też szli z Bazylkiem na rower. Gdy Bazyli poczuł się pewniej jeżdżąc na swoim trzykołowym rowerze, dał znać o sobie jego dość trudny charakter. Zaczął bowiem namiętnie jeździć po... poboczach, rowach, cudzych podjazdach... Często Baz zjeżdżał celowo rowerem do rowu, a potem bardzo wrzeszczał, nie mając siły go wyciągnąć z powrotem na drogę... Biedny P., znosił to wszystko dzielnie i.... nadal się nie poddawał!

Czułam, że ta zabawa rowerem to coś więcej niż chwilowy kaprys Baza... Zobaczyłam to wyraźnie, gdy, podczas naszego wypoczynku nad morzem, na campingu przejechała obok nas grupka chłopców na rowerach... Bazyli zatrzymał się i patrzył za nimi tęsknym wzrokiem. To są te rzadkie chwile, kiedy widzę w nim zwykłego chłopca, który, tak jak dzieci w jego wieku, chciałby poczuć pęd wiatru we włosach, tę wolność i swobodę, ten dreszczyk emocji... 

Wakacje się skończyły, a pasja pozostała... Nadal codziennie po szkole Bazyl wsiadał na rower, a dzielny P. za nim biegał. W deszczu, słońcu i pod wiatr. Któregoś dnia P., zmęczony tym ciągłym bieganiem, postanowił nie biec obok Baza, a pojechać na swoim rowerze obok. Bazyli oszalał. Krzyczał, płakał - on też koniecznie chciał jechać na takim rowerze jak tata - na dwóch, a nie trzech kółkach! Na nic zdały się tłumaczenia, że to za duży rower, że na dwóch kółkach trzeba umieć się utrzymać... Bazyli się uparł. Więc biedny P... wsadził go na ten duży, dwukołowy rower dla dorosłych i przewiózł Baza kilka okrążeń na placu przed domem, podtrzymując i Baza i rower. To jednak było już byt wyczerpujące fizycznie. P. wpadł więc na inny pomysł i odkręcił boczne kółka w, za małym już na Baza, jego pierwszym rowerku, który ma specjalną rączkę do trzymania w czasie nauki jazdy.

 
I teraz najbardziej wstydliwa część tej opowieści - jaka jest MOJA rola w tej rowerowej przygodzie? Ano - fatalna. Wstyd się przyznać, ale nie wierzyłam, że Bazyli będzie jeździł na rowerze. Tym bardziej nie wierzyłam, że będzie jeździł tylko na dwóch kółkach. Pukałam się w głowę, gdy P. odczepiał małe kółeczka z rowerka. Wręcz odradzałam, protestowałam - to za trudne, upadnie, pokaleczy się, zniechęci szybko... Tak, w tej opowieści nie stanęłam na wysokości zadania. A moim zadaniem było TYLKO uwierzyć we wsłane dziecko.

Na szczęście Bazyli na drugie imię ma Przekora, i gdy ktoś mu mówi, że coś się nie uda i czegoś nie wolno, on tym bardziej to zrobi! Wystarczyły dwa-trzy popołudnia przebiegane przez P. i dziadka za małym rowerkiem i Baz... Pojechał sam na dwóch kółkach. Na za małym, dziecięcym rowerku. A po chwili przesiadł się na duży, górki rower P. i na nim... też pojechał...

A ja stałam osłupiała, oniemiała, zawstydzona swoim brakiem wiary. Jak często robimy to naszym dzieciom? Bo coś mu się stanie, bo to za trudne, bo się nie da? Za często :(

Taki prezent dostałam na swoje 37 urodziny od Bazylka. Najpiękniejszy, jaki mogłam dostać. Wypracowany w pocie i łzach, z żelazna konsekwencją. Całe szczęście, że w naszej rodzinie znaleźli się mądrzy, kochający mężczyźni, którzy widzieli w Bazku chłopca jak każdego innego, z jego marzeniami i potrzebami... Ja, jak niewierny Tomasz, przetarłam zdumione oczy i od razu zaczęłam szukać w internecie rowerka na miarę Bazylka (mały rowerek jest za mały, dorosły rower - za duży). Już dzień później P. przywiózł dla Baza piękny zielony rower, o wdzięcznej nazwie BASIA, którą chcemy przerobić na BASIL.. :) 

 
Bazyli nadal codziennie jeździ na rowerze. Na dwóch kółkach! Jeszcze uczy się hamować. Jeszcze P. za nim biegnie. Ale już niedługo P. będzie mógł wybrać się z nim na prawdziwą wycieczkę rowerową. Jak ojciec i syn. Na razie po polnych drogach. Ale będzie to święta chwila w naszym rodzinnym życiu. Będziemy w niej bliżej normalnego, rodzinnego życia niż kiedykolwiek indziej :)


A co z rowerami, spytacie? Czekają. Jest tu taki drugi delikwent, bardzo oporny do nauki, wiotki, mający wiele lęków i uprzedzeń. Ale on również lubi czasem usiąść na rowerku i być przewiezionym. Nie umie pedałować, nie umie kierować, boi się bardzo. Ale odrobiłam starannie lekcję pt. NIGDY NIE MÓW NIGDY i NIGDY NIE PRZESTAWAJ WIERZYĆ WE WŁASNE DZIECKO. Więc rowery cierpliwie czekają na kolejnego adepta. Na imię mu.. Roch :)



środa, 25 sierpnia 2021

Ukołysani

 

 Tydzień nad morzem minął nam szybko i..w miarę spokojnie. Aż nie do uwierzenia! :)

Chłopcy tak kochają plażę, piasek, fale, że jestem skłonna znieść wiele trudów, by widzieć ich szczęśliwymi. Kojące towarzystwo rodziców i siostry dało mi poczucie bezpieczeństwa i bezcenne wsparcie. Dziękuję, Kochani...

Refleksji jak zwykle mam w bród... Kocham morze za jego bezkres, za niesamowite widoki, ferie niebieskości, szarości i granatów (moje ukochane kolory), za to, że przyjmuje bezkrytycznie wszystkie moje smutki i potrafi ukołysać moje zmęczone, ciężkie ciało... Wyjazdy w miejsca, gdzie są inni ludzi, zawsze są dla mnie stresem, bo czujność rodzicielska musi zostać wzmożona jeszcze bardziej. Chłopcy nie rozumieją, że nie powinno się chodzić na plaży po cudzych ręcznikach, Bazyli zupełnie nie respektuje zasady, że do obcych ludzi nie podchodzi się za blisko, bo to narusza ich przestrzeń osobistą i potrafi wręcz dosiadać się do przypadkowych plażowiczów :) Kupę w majtki na plaży zaliczyliśmy tylko dwa razy i dla mnie był to wielki sukces :D Za to przesikanych nocami prześcieradeł (mimo pieluch) nie zliczę... Jak się śpi w wynajmowanym domku, na nie swoich łóżkach, to jednak jest stres. 

Tak czy siak, morze nas przyjęło jak starych znajomych i jestem za to wdzięczna.






































 
Wakacje u nas dobiegły końca, bo chłopcy od kilku dni chodzą na półkolonie organizowane w ich szkole. Odetchnęłam z ulgą. Wizja dwóch miesięcy z Endorfinkami w domu napawała mnie przerażeniem - zbyt dobrze pamiętałam swoje zeszłoroczne sierpniowe załamanie :( Tymczasem tegoroczne wakacje minęły nam bardzo szybko i dość bezboleśnie :) I zdradzę Wam sekret - stało się tak dzięki wspaniałym ludziom, których los postawił na mej drodze :) Przed wszystkim moi rodzice i siostra, którzy wspierali, przyjeżdżali, odciążali... Wielokrotnie pisałam już, jakie mam szczęście do bycia córką swoich rodziców, i będą to powtarzała wiele razy :) Udało nam się skorzystać również w opieki wytchnieniowej - i tu muszę napisać o Iwonce i Mirku, dwojgu przewspaniałych terapeutach, którzy spędzali z Endorfinkami długie godziny w swoim gabinecie, zabierali na hulajnogę, spacer, na obiad... Emanują spokojem, miłością do dzieci i wielkim doświadczeniem... Ci ludzie spadli mi z nieba i dzięki nim przetrwałam to lato w tak dobrej formie psychicznej. Polecam z całego serca (nikt mnie o to nie prosił! ) Iwonkę i Mirka z gabinetu "Możemy Więcej"! Gdyby ktoś z Was szukał profesjonalnego wsparcia dla swoich dzieci - mają gabinet na głogowskiej Starówce i są FANTASTYCZNI!!!