Nastąpił mamy kataklizm. Roch w żałobie, przechodzi swoją prywatną, miniaturową traumę... Ale może zacznę od początku....
Bazyli jest uzależniony od podjadania, ja od czekolady, a Roś - od dźwięków. Miał swego czasu dźwiękową książeczkę z serii Marzipan i eksploatował ją na wszelkie możliwe sposoby. Baterie szybko padły, więc podjęliśmy próbę wymiany tychże na nowe. Reanimacja nie powiodła się jednak i Roch długo opłakiwał stratę.
I podkusiło mnie. Bom miękka nie tylko z powierzchowności, lecz i we wewnętrzu swym.
Zakupiłam duplikat ukochanej książeczki Roszka. I, wzruszona wczorajszymi występami jasełkowymi w przedszkolu, wręczyłam Roszkowi podarek, nie doczekawszy Wigilii.
Cóż to była za radość! Przez całą dobę (z przerwą na przedszkole) wysłuchiwaliśmy przymusowo porykiwań lwa, człapania słonia i stękania małpek.
I skończyło się.
Równie nagle jak się zaczęło.
Baterie kaput - z książeczki dobywają się ostatnie charknięcia i rzężoty.
Koniec świata, powiadam Wam, KONIEC ŚWIATA.
Czterech jeźdźców, siedem pieczęci, trąby, trzęsienia, płacz i zgrzytanie:
A
P
O
K
A
L
I
P
S
A
czwartek, 18 grudnia 2014
wtorek, 16 grudnia 2014
Magiczny proszek do latania
Całe moje dzieciństwo było jedną wielką Nibylandią. W futrynach drzwi mieszkały krasnoludki, ciągnący się w nieskończoność wał przeciwpowodziowy zamieniał się w Dziabąga i czekał, aż pomacham mu przez okno, Św. Mikołaj zostawiał ślady na balkonowym śniegu... Nad jeziorem mieszkał Neptun ze zwodnicą, a w mojej prywatnej lampce nocnej - rycerz, który mnie chronił. Spacery z młodszą o naście lat siostrą - w tym domu mieszka Śnieżka, a w tym Pocahontas. I wreszcie największa przygoda mojego dwunastoletniego wówczas życia - niedaleko naszej miejscowości zamieszkał cały zespół Kelly Family, wciągnęli mnie do grupy, jeździliśmy po całym świecie dając koncerty. Każdej koleżance mówiłam, że znam Kellysów (te bardziej litościwe udawały, że mi wierzą), a w pamiętniku zapisywałam romantyczne chwile, które przeżyłam z Paddym Kelly.
Czary, zaklęcia, magia tego, że mogłam WSZYSTKO.
Plany były wielkie.
Wraz z rodzicielstwem miałam powrócić szczęśliwie na łono Fantazji i razem z chłopcami szukać w lesie nimf i Robin Hooda.
Patrzę jak Bazyli godzinami przerzuca w palcach tubki z pastą do zębów.
Jak Roszek po raz setny wciska przycisk grającej zabawki.
Droga do Nibylandii jest dla nich za trudna i nie wiem, skąd wziąć magiczny proszek do latania.
I tęsknię.
Czary, zaklęcia, magia tego, że mogłam WSZYSTKO.
Plany były wielkie.
Wraz z rodzicielstwem miałam powrócić szczęśliwie na łono Fantazji i razem z chłopcami szukać w lesie nimf i Robin Hooda.
Patrzę jak Bazyli godzinami przerzuca w palcach tubki z pastą do zębów.
Jak Roszek po raz setny wciska przycisk grającej zabawki.
Droga do Nibylandii jest dla nich za trudna i nie wiem, skąd wziąć magiczny proszek do latania.
I tęsknię.
niedziela, 14 grudnia 2014
Impreza koleżeńska
Pierwsza impreza urodzinowa za nami.
Nie było wrzasków, nie było płaczu, nie było show.
Była dobra zabawa!
Wojtusiu! Jeszcze raz: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
Dziękujemy, że nas zaprosiłeś :)
Nie było wrzasków, nie było płaczu, nie było show.
Była dobra zabawa!
Wojtusiu! Jeszcze raz: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
Dziękujemy, że nas zaprosiłeś :)
czwartek, 11 grudnia 2014
Pisklę
Bazyli jest brzemienny w słowa. W napęczniałym brzuszku nosi zalążki wołaczy, miejscowników i okoliczników. Z jego usteczek sączą się przedwiośnia tego, co nadchodzi wielkimi literami.
Mama... wypowiedziane gdzieś w dal, jednak tak wyraźne, że daję sobie prawo do odrobiny euforii. Tak długo pościłam.. Pa pa - zdobyło dwóch nausznych świadków. Da di be bu ma mo - dziwaczny język kosmity, a jednak werbalny znak istnienia.
Epizody, przebłyski, olśnienia...
Wykluwa nam się pisklę mowy.
Kiełkuje pod językiem zielona gałązka nadziei.
Taś taś! Słowa! Taś taś!
Mama... wypowiedziane gdzieś w dal, jednak tak wyraźne, że daję sobie prawo do odrobiny euforii. Tak długo pościłam.. Pa pa - zdobyło dwóch nausznych świadków. Da di be bu ma mo - dziwaczny język kosmity, a jednak werbalny znak istnienia.
Epizody, przebłyski, olśnienia...
Wykluwa nam się pisklę mowy.
Kiełkuje pod językiem zielona gałązka nadziei.
Taś taś! Słowa! Taś taś!
wtorek, 9 grudnia 2014
Wstyd
Zlegliśmy wieczorową porą na łóżku - P. i ja. Mijający dzień wycisnął z nas ostatnie soki i polegliśmy podogorywać chwilkę. Roś, tradycyjnie, od razu wgramolił się między nas. Po chwili niewinnego milczenia usłyszeliśmy: Piciu...
Zazwyczaj po takiej komendzie któreś z nas zwleka się z wyra i podaje dziecięciu picie. Ale nie dziś, nie tym razem. Zmęczenie wzięło nas we władanie i puścić nie zamierzało. W dodatku w tej słodkiej roszkowej prośbie pobrzmiewała nutka złośliwości - dziesięć minut wcześniej proponowałam delikwentowi picie, podsuwałam kubek pod nos, ale nie, nie był to TEN moment i moje starania spełzły na niczym.
- Piciu... piciu...
Leżymy, przewracamy oczami, prychamy.
I nagle P. zrobił rzecz tak oczywistą. że aż nie do pomyślenia!
- Roszku, na stole w kuchni jest piciu w kubeczku. Idź i się napij, jeśli chcesz piciu.
Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele, właściwie miała to być taka zapchajdziura, gadka-szmatka, rodzicielskie bleblebe, bo Roch impregnowany jest mocno na tego typu prośby.
Wstał.
Zlazł z łóżeczka.
Podreptał do kuchni.
Zamarliśmy nasłuchując.
Siorb, sior, siorb.
Napił się!
I wstyd mi.
Że nie wierzę we własne dzieci, w ich możliwości, rozumowanie, chęć rozwoju.
Bo kto ma wierzyć, jak nie ja
No kto?
Zazwyczaj po takiej komendzie któreś z nas zwleka się z wyra i podaje dziecięciu picie. Ale nie dziś, nie tym razem. Zmęczenie wzięło nas we władanie i puścić nie zamierzało. W dodatku w tej słodkiej roszkowej prośbie pobrzmiewała nutka złośliwości - dziesięć minut wcześniej proponowałam delikwentowi picie, podsuwałam kubek pod nos, ale nie, nie był to TEN moment i moje starania spełzły na niczym.
- Piciu... piciu...
Leżymy, przewracamy oczami, prychamy.
I nagle P. zrobił rzecz tak oczywistą. że aż nie do pomyślenia!
- Roszku, na stole w kuchni jest piciu w kubeczku. Idź i się napij, jeśli chcesz piciu.
Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele, właściwie miała to być taka zapchajdziura, gadka-szmatka, rodzicielskie bleblebe, bo Roch impregnowany jest mocno na tego typu prośby.
Wstał.
Zlazł z łóżeczka.
Podreptał do kuchni.
Zamarliśmy nasłuchując.
Siorb, sior, siorb.
Napił się!
I wstyd mi.
Że nie wierzę we własne dzieci, w ich możliwości, rozumowanie, chęć rozwoju.
Bo kto ma wierzyć, jak nie ja
No kto?
sobota, 6 grudnia 2014
Święty Cierpliwy
Święty Mikołaj nigdy nie zapomina o Endorfinkach. Nie zniechęca Go brak listów, brak ekscytującego oczekiwania i brak wielkiej radości po przebudzeniu i odkryciu, że był. Przychodzi co roku, nawet fotkę pstryknie na pamiątkę.
Wzrusza mnie jego pamięć. Bo jest Święty i dlatego pewnie wie to, w co ja mogę tylko głęboko wierzyć - że kiedyś doczeka się listu.. Jeszcze kiedyś Endorfinki zaczają się na Niego, jak niegdyś ich Mama, jeszcze będą pytania, dociekania, oczekiwanie i piski radości rano.
A na razie - robi swoje. Po cichutku, pomalutku..
2011:
2013:
Dziękujemy Święty Mikołaju!
Wzrusza mnie jego pamięć. Bo jest Święty i dlatego pewnie wie to, w co ja mogę tylko głęboko wierzyć - że kiedyś doczeka się listu.. Jeszcze kiedyś Endorfinki zaczają się na Niego, jak niegdyś ich Mama, jeszcze będą pytania, dociekania, oczekiwanie i piski radości rano.
A na razie - robi swoje. Po cichutku, pomalutku..
2009:
2011:
2013:
2014:
Dziękujemy Święty Mikołaju!
wtorek, 2 grudnia 2014
Wrona
Nie lubię kusić losu. Lepiej chuchnąć na zimne niż się potem sparzyć.
A jednak stało się. W poniedziałek wypowiedziałam na głos to magiczne zdanie, które w myślach miętoliłam już od dawna: Listopad za nami, a Endorfinki NADAL NIE CHORUJĄ, wcale a wcale!
Bo dookoła, w środowiskach, że tak zgrabnie ujmę, dzietnych, choróbsko za choróbskiem, jelitówka pogania anginę, ta ustępuje zapaleniu gardła, a jeszcze krtań i oskrzela proszą się o swoją kolej.
A u nas nic. Nawet gila brak.
Więc poczułam się pewnie, odważnie, wypowiedziałam głośno i wyraźnie to, co nawet w myślach powinno pozostać ocenzurowane.
Bo gil czujny jest, uszy ma długie i podsłuchy zainstalowane gdzie się da.
Usłyszał, przybył, stawił się na posterunku wywołany do tablicy śmiałością mą bezczelną. Zabulgotał, puścił bańkę, i jest.
Padło na Roszka. I co on biedny winny, że za matkę ma wronę paskudną?
Wykrakałam.
A jednak stało się. W poniedziałek wypowiedziałam na głos to magiczne zdanie, które w myślach miętoliłam już od dawna: Listopad za nami, a Endorfinki NADAL NIE CHORUJĄ, wcale a wcale!
Bo dookoła, w środowiskach, że tak zgrabnie ujmę, dzietnych, choróbsko za choróbskiem, jelitówka pogania anginę, ta ustępuje zapaleniu gardła, a jeszcze krtań i oskrzela proszą się o swoją kolej.
A u nas nic. Nawet gila brak.
Więc poczułam się pewnie, odważnie, wypowiedziałam głośno i wyraźnie to, co nawet w myślach powinno pozostać ocenzurowane.
Bo gil czujny jest, uszy ma długie i podsłuchy zainstalowane gdzie się da.
Usłyszał, przybył, stawił się na posterunku wywołany do tablicy śmiałością mą bezczelną. Zabulgotał, puścił bańkę, i jest.
Padło na Roszka. I co on biedny winny, że za matkę ma wronę paskudną?
Wykrakałam.
sobota, 29 listopada 2014
Muszki owocówki
Moje małe smuteczki są jak muszki owocówki. Ani się człowiek obejrzy, a już ich pełno. Niby nieszkodliwe, prawie niewidoczne, a jednak swoją nachalnością zatruwają codzienność. Można taką znaleźć utopioną w herbacie, wgryzioną w jabłko, i już się odechciewa.
Jak sobie radzę z tymi małymi smuteczkami?
Ano nie radzę sobie, w ogóle.
Mam za to bezczelne dzieci. Nic sobie nie robią z mojej świątyni smutku, którą tak pieczołowicie wznoszę, łezka po łezce. Wpadają do niej z butami, narobią rabanu, przewrócą lichtarze, poszarpią zasłony i melancholię diabli biorą. Szast-prast i po sprawie.
Moje dzieci są bezczelne.
Bezczelnie przywracają mnie do życia.
Jak sobie radzę z tymi małymi smuteczkami?
Ano nie radzę sobie, w ogóle.
Mam za to bezczelne dzieci. Nic sobie nie robią z mojej świątyni smutku, którą tak pieczołowicie wznoszę, łezka po łezce. Wpadają do niej z butami, narobią rabanu, przewrócą lichtarze, poszarpią zasłony i melancholię diabli biorą. Szast-prast i po sprawie.
Moje dzieci są bezczelne.
Bezczelnie przywracają mnie do życia.
środa, 26 listopada 2014
!?;*#/!!"?
Są takie dni (jak dziś), że żadna literka nie podoła, i jedyny środek wyrazu, jaki pozostaje, to interpunkcja:
...!.. ?!?!?...
:(:(:(..!!?!!?!!!!?!!!!...
...?...!..:(((((((((((((.......
#!!//***
**!!!??;''
^,"?!?!?**...
...
...!.. ?!?!?...
:(:(:(..!!?!!?!!!!?!!!!...
...?...!..:(((((((((((((.......
#!!//***
**!!!??;''
^,"?!?!?**...
...
poniedziałek, 24 listopada 2014
Wczoraj
Jedne babcie są na wagę złota, inne srebra.. A nasza jest BEZCENNA!
Już tęsknimy za wczorajszą pogodą i towarzystwem...
Już tęsknimy za wczorajszą pogodą i towarzystwem...
sobota, 22 listopada 2014
Igrzyska śmierci - Kuchniąwnos
Powiedzieć, że Bazyli je bardzo wybiórczo to jakby nic nie powiedzieć.
Bo jadłospis tolerowany przez Byzla jest wąski jak talia, której nigdy nie będę miała.
Pomna wysokich wymagań Synka i udręczona codzienną walką o zjedzenie czegokolwiek-innego-niż-chrupki, wyczarowałam dziś na kolację naleśniki z czekoladą. A że Bzyl jest na diecie bezcukrowej, czekoladą stały się sparzone rodzynki zblendowane z kakaem, roztopionym masłem i odrobiną mleka. Pychota.
Igrzyska czas zacząć!
.
Etap pierwszy pt. KRAINA ŁAGODNOŚCI:
Kroję naleśnika, nadziewam na widelec, podsuwam pod paszczę.
Bazyli ostentacyjnie odsuwa głowę.
Podsuwam pod nos, pod oczy.
Nie patrzy, nie wącha, chwilowo jest nieobecny mentalnie.
Po kilku próbach przechodzę do etapu drugiego pt. DESANT.
Troszkę nadzienia czekoladowego trzeba sprytnie rozsmarować Bzylowi na ustach. Następuje automatyczne oblizanie, a co za tym idzie - wymuszona degustacja.
Mmm, jednak nietrujące to coś. I całkiem smaczne.
Etap trzeci - pt. NIE CHCEM ALE MUSZEM:
Kiełkuje ciekawość nowej potrawy i głód z lekka atakuje kiszki, ale tak poddać się bez walki? Więc Bazyli postanawia wziąć mnie na przeczekanie - owszem, odgryza naleśnika podsuwanego do ust, ale po... milimetrze. W tym tempie prędzej naleśnik wraz ze mną zamieni się w skamielinę niż Bzyl zje go do końca.
Etap czwarty pt. WSTRZĄŚNIĘTE -NIE MIESZANE:
Sam naleśnik jest spoko. Nadzienie też niczego sobie. Razem - nie do przęłknięcia! Rozpoczynamy czwartą turę - podsuwam rozdziawionego naleśnika pod pyszczek a Bzyl zlizuje nadzienie. Litości.
Etap piąty pt. CUD NIEPAMIĘCI:
Jeśli zepnę pośladki i dotrwam do etapu piątego nie rzucając z furią talerzem, to w nagrodę staje się C U D. Bo nagle Bzyl dostaje amnezji - wszystko jest pyszne, zajada ochoczo, i ococichodzimamo?
Zjadł. Padam na deski tego kuchennego ringu. Bez tchu. P. podejmuje reanimację - wyluzuj, przecież zjadł, następnym razem pójdzie lepiej.
Trza zbierać siły, ogłaszać pobór, grupować wojska.
Do następnej kuchennej potyczki.
Bo jadłospis tolerowany przez Byzla jest wąski jak talia, której nigdy nie będę miała.
Pomna wysokich wymagań Synka i udręczona codzienną walką o zjedzenie czegokolwiek-innego-niż-chrupki, wyczarowałam dziś na kolację naleśniki z czekoladą. A że Bzyl jest na diecie bezcukrowej, czekoladą stały się sparzone rodzynki zblendowane z kakaem, roztopionym masłem i odrobiną mleka. Pychota.
Igrzyska czas zacząć!
.
Etap pierwszy pt. KRAINA ŁAGODNOŚCI:
Kroję naleśnika, nadziewam na widelec, podsuwam pod paszczę.
Bazyli ostentacyjnie odsuwa głowę.
Podsuwam pod nos, pod oczy.
Nie patrzy, nie wącha, chwilowo jest nieobecny mentalnie.
Po kilku próbach przechodzę do etapu drugiego pt. DESANT.
Troszkę nadzienia czekoladowego trzeba sprytnie rozsmarować Bzylowi na ustach. Następuje automatyczne oblizanie, a co za tym idzie - wymuszona degustacja.
Mmm, jednak nietrujące to coś. I całkiem smaczne.
Etap trzeci - pt. NIE CHCEM ALE MUSZEM:
Kiełkuje ciekawość nowej potrawy i głód z lekka atakuje kiszki, ale tak poddać się bez walki? Więc Bazyli postanawia wziąć mnie na przeczekanie - owszem, odgryza naleśnika podsuwanego do ust, ale po... milimetrze. W tym tempie prędzej naleśnik wraz ze mną zamieni się w skamielinę niż Bzyl zje go do końca.
Etap czwarty pt. WSTRZĄŚNIĘTE -NIE MIESZANE:
Sam naleśnik jest spoko. Nadzienie też niczego sobie. Razem - nie do przęłknięcia! Rozpoczynamy czwartą turę - podsuwam rozdziawionego naleśnika pod pyszczek a Bzyl zlizuje nadzienie. Litości.
Etap piąty pt. CUD NIEPAMIĘCI:
Jeśli zepnę pośladki i dotrwam do etapu piątego nie rzucając z furią talerzem, to w nagrodę staje się C U D. Bo nagle Bzyl dostaje amnezji - wszystko jest pyszne, zajada ochoczo, i ococichodzimamo?
Zjadł. Padam na deski tego kuchennego ringu. Bez tchu. P. podejmuje reanimację - wyluzuj, przecież zjadł, następnym razem pójdzie lepiej.
Trza zbierać siły, ogłaszać pobór, grupować wojska.
Do następnej kuchennej potyczki.
czwartek, 20 listopada 2014
poniedziałek, 17 listopada 2014
Maskotka
Wychodzimy z przedszkola. Chłopcy człapią obok mnie. Dziewczynka, na oko 5-6 lat, wychodzi z babcią. I nagle słyszę jej dziewczęcy głosik:
- O! Roszek... On jest taaaki słooodki!
Zareagowałam uśmiechem, a babcia pociągnęła temat:
- Wie Pani, jak dzieci go lubią? W domu opowiadają o nim, i zawsze tak ciepło, serdecznie.
Ot, maskotka przedszkola.
Wiem, wiem, najgorsze przed nami - okrutny wiek podstawówkowo-gimnazjalny, gdy oleju w głowie jeszcze mało, a chęci popisania się przeogromne.
Ale w dorosłych twarzach napotykających spojrzeniem na Roszka też widzę tę czułość. Tą pozytywną ciekawość. Radosne zaintrygowanie Cudaczkiem. Rzadziej obojętność.
Gdy Endorfinki woziły się jeszcze wózkiem po wsi, moje ukochane wsiowe babcie po rękach Roszka całowały. A i dziś, gdy autem przejeżdżam, zatrzymam się, szybę uchylę, to zalewa nas zaraz babcina fala czułości i dajBożeCidziecinozdrówkaipomyślności!
Bazyli również zaczepia wszystkim uśmiechem i ciężko Mu się oprzeć.
Wrogość omija nas szerokim łukiem.
- O! Roszek... On jest taaaki słooodki!
Zareagowałam uśmiechem, a babcia pociągnęła temat:
- Wie Pani, jak dzieci go lubią? W domu opowiadają o nim, i zawsze tak ciepło, serdecznie.
Ot, maskotka przedszkola.
Wiem, wiem, najgorsze przed nami - okrutny wiek podstawówkowo-gimnazjalny, gdy oleju w głowie jeszcze mało, a chęci popisania się przeogromne.
Ale w dorosłych twarzach napotykających spojrzeniem na Roszka też widzę tę czułość. Tą pozytywną ciekawość. Radosne zaintrygowanie Cudaczkiem. Rzadziej obojętność.
Gdy Endorfinki woziły się jeszcze wózkiem po wsi, moje ukochane wsiowe babcie po rękach Roszka całowały. A i dziś, gdy autem przejeżdżam, zatrzymam się, szybę uchylę, to zalewa nas zaraz babcina fala czułości i dajBożeCidziecinozdrówkaipomyślności!
Bazyli również zaczepia wszystkim uśmiechem i ciężko Mu się oprzeć.
Wrogość omija nas szerokim łukiem.
piątek, 14 listopada 2014
Nieśpik
KLASYFIKACJA:
gatunek: Nieśpik
rodzaj: Bezsennus Nocnomarus
charakter: uparcie przytomny
misja: za żadne skarby NIE SPAĆ
występowanie: Roszkowe łóżeczko
Nieśpika poznacie po dźwiękach, jakie wydaje. Wśród nocnej ciszy i ciemności daje się on we znaki:
subtelnym skrzy-skrzyp-skrzyp (tak skrzypi drewniane łóżeczko Nieśpika podczas rytualnego zasypiania - prezentacja TUTAJ) - i już wiadomo, że delikwent nie śpi. Ale nie jest jeszcze źle, bo Nieśpik walczy ze swoją naturą - czyli próbuje sam się ululać do snu (z różnym skutkiem)
Bardziej zaawansowana wersja Nieśpika:
śmielsze tup-tup-tup - co oznacza, że Nieśpik jest na tyle obudzony, że wylazł z łóżeczka i dziarsko maszeruje po skąpanym w mroku mieszkaniu. Cele marszu są różne. Może być to nasze łóżko (i to jest ta lepsza wersja - Nieśpik wgramoli się między nas i jest jeszcze nadzieja, że, wtulony w ciepłe ciała rodziców, zaśnie). Wersją zdecydowanie gorszą jest marsz w kierunku ulubionej grającej zabawki. Taki Nieśpik zdecydowanie gorzej rokuje - jest absolutnie przytomny i chce się bawić. A i wrzeszcząca zabawka może obudzić rodzeństwo i wtedy Nieśpiki się mnożą!
Trzeci rodzaj dźwięków, jakie wydaje Nieśpik, rokuje fatalnie.
A są to dźwięki wysoce zindywidualizowane - w naszym przypadku brzmią: Kolacja! Kalkulacja!
Gdy ciszę nocną przetną te słowa, wiemy, że przypadek jest beznadziejny. Bo to Nieśpik domaga się o 3 w nocy INHALACJI. Trzeba włączyć inhalator i przy tym głośnym buczeniu (nie śpi już nikt) Nieśpik kiwa się, gada, śpiewa i ogólnie impreza się rozkręca.
Nieśpik to nieodłączny towarzysz zespołu Downa. Autyzmu podobno też, ale Bazyli na razie wydaje się być dość oporny na działanie tej bestii i ewentualnie poprzestaje na fazie II (tuptuptup i lulu z rodzicami). Natomiast drugi Nieśpik od zawsze dawał się nam we znaki, ale od miesiąca faza-najgorzej-rokująca ma miejsce co noc.
Jak pokonać Nieśpika?
Mocno przytulić, unieruchomić, choć się buntuje, i czekać, aż zaśnie. Nieśpik sam się nakręca własnymi ruchami, bezruch go wycisza i uspokaja.
Od dwóch dni podajemy również melatoninę.
To nasz jedyny, jak na razie, oręż.
UWAGA!
Nieśpik ma to do siebie, że błyskawicznie się rozmnaża! Gdy już jeden pojawi się w domu, a w dodatku jest nieletni i sam sobą podczas niespania w godzinach nocnych zająć się nie umie, bankowo Nieśpików w domu będzie więcej :(
środa, 12 listopada 2014
Czary mary
Bazyli rozpromienił się ostatnio. Gdzie się nie pojawi, niesie przed sobą swój uśmiech jak pochodnię. Widok to słodki, wzruszający. Na chwilę karleje we mnie odwieczne poczucie winy, że dzieci moje nieszczęśliwe, z bagażem ponad ich siły. I, gdy polukrowani tą bzylowa słodkością, tracimy czujność, następuje eksplozja - wrzasku, tupania. Dramaty nie-do-przeżycia, końce świata typu: koniec bajki lub zakaz wychodzenia za bramę.
Ale tym razem jestem mądrzejsza. Zamieniam się w łagodną skałę - nie do ruszenia, nie do zirytowania. Bzyl wrzeszczy, szarpie, a ja robię swoje. Jestem głucha i ślepa.
Czary! Mary!
Odczarowany!
Ale tym razem jestem mądrzejsza. Zamieniam się w łagodną skałę - nie do ruszenia, nie do zirytowania. Bzyl wrzeszczy, szarpie, a ja robię swoje. Jestem głucha i ślepa.
Czary! Mary!
Odczarowany!
niedziela, 9 listopada 2014
Platon*
*wpis dedykowany Gęsinczanom, a zwłaszcza Marice :)
Roszek zakończył zadania stolikowe, przyszedł więc czas na nagrodę.
- Co chcesz Roszku? - zapytałam, a odpowiedź wprawiła mnie w konsternację:
- Platon!
Tego to jeszcze u nas nie było! Owszem, konwersacje różne z P. prowadzimy, ale na ścieżkę stricte filozoficzną to za często nie schodzimy.
- Platon?
- Platon!
I podreptał do skrzyni z pluszakami, wygrzebał auto, które po naciśnięciu wydaje z siebie motoryzacyjne dźwięki - słychać warkot silnika i bi bip!
- Auto chciałeś!?
- Auto! Platon!
Znowu konsternacja. Roszek się zaciął: platon, platon.
Poprawiam go: a-u-to, a-u-to.
A on swoje:
- Auto. Platon.
Wsłuchałam się wyraźniej.
- Auto. Klaton!
Klaton... klaton...
I nagle charakterystyczne BI-BIP wybiło mnie z zamyślenia wprost w objęcia objawienia...
A Wy już wiecie? :)
Roszek zakończył zadania stolikowe, przyszedł więc czas na nagrodę.
- Co chcesz Roszku? - zapytałam, a odpowiedź wprawiła mnie w konsternację:
- Platon!
Tego to jeszcze u nas nie było! Owszem, konwersacje różne z P. prowadzimy, ale na ścieżkę stricte filozoficzną to za często nie schodzimy.
- Platon?
- Platon!
I podreptał do skrzyni z pluszakami, wygrzebał auto, które po naciśnięciu wydaje z siebie motoryzacyjne dźwięki - słychać warkot silnika i bi bip!
- Auto chciałeś!?
- Auto! Platon!
Znowu konsternacja. Roszek się zaciął: platon, platon.
Poprawiam go: a-u-to, a-u-to.
A on swoje:
- Auto. Platon.
Wsłuchałam się wyraźniej.
- Auto. Klaton!
Klaton... klaton...
I nagle charakterystyczne BI-BIP wybiło mnie z zamyślenia wprost w objęcia objawienia...
A Wy już wiecie? :)
czwartek, 6 listopada 2014
Kierunek: Poznań!
Specyfika naszych dzieci rzuca nas po kraju jak hokeista krążek hokejowy po lodzie. Na naszej "mapie medycznej" znalazły się już: Łódź, Wrocław, Zielona Góra, a nawet Gdańsk. Dziś przyszedł czas na... Poznań!
O boreliozie, którą przechodziłam nosząc Bazyla pod sercem, pisałam tutaj. I, przyznaję się bez bicia, olaliśmy sprawę. Bo Pani Doktor zapewniła, że dziecku nic nie grozi, bo tyle było innych spraw do załatwienia z Roszkiem, bo żaden lekarz nigdy nie zareagował na informację o mojej ciążowej infekcji odkleszczowej.
A jednak naszedł taki dzień, gdy, włócząc się po internetowych uliczkach, natknęłam się na hasło: BORELIOZA A AUTYZM. I zamarłam. Szybkie poszukiwania informacji, rozeznanie w terenie, samobiczowanie - jak mogłam wcześniej tego nie sprawdzić!?
Wstąpiliśmy z Bazylim na krętą diagnostyczną ścieżkę pod kątem domniemanej boreliozy wrodzonej.
Pierwszy test z krwi - na miejscu - wynik wątpliwy.
Drugi test innego typu - krew wysłana kurierem do laboratorium w Poznaniu - wynik negatywny.
Ale borelioza to taka mimoza, że nakryć ją czarno na białym to jak szukanie igły w stogu siana.
Więc udaliśmy się dziś do Poznania do Poradni Leczenia Boreliozy.
Pan doktor zlecił kolejny test - na inne choroby odkleszczowe - żeby była Pani spokojniejsza.
I to będzie ostateczny strzał.
Na razie jesteśmy o 1000 zł ubożsi i o tryliard informacji o boreliozie mądrzejsi.
O boreliozie, którą przechodziłam nosząc Bazyla pod sercem, pisałam tutaj. I, przyznaję się bez bicia, olaliśmy sprawę. Bo Pani Doktor zapewniła, że dziecku nic nie grozi, bo tyle było innych spraw do załatwienia z Roszkiem, bo żaden lekarz nigdy nie zareagował na informację o mojej ciążowej infekcji odkleszczowej.
A jednak naszedł taki dzień, gdy, włócząc się po internetowych uliczkach, natknęłam się na hasło: BORELIOZA A AUTYZM. I zamarłam. Szybkie poszukiwania informacji, rozeznanie w terenie, samobiczowanie - jak mogłam wcześniej tego nie sprawdzić!?
Wstąpiliśmy z Bazylim na krętą diagnostyczną ścieżkę pod kątem domniemanej boreliozy wrodzonej.
Pierwszy test z krwi - na miejscu - wynik wątpliwy.
Drugi test innego typu - krew wysłana kurierem do laboratorium w Poznaniu - wynik negatywny.
Ale borelioza to taka mimoza, że nakryć ją czarno na białym to jak szukanie igły w stogu siana.
Więc udaliśmy się dziś do Poznania do Poradni Leczenia Boreliozy.
Pan doktor zlecił kolejny test - na inne choroby odkleszczowe - żeby była Pani spokojniejsza.
I to będzie ostateczny strzał.
Na razie jesteśmy o 1000 zł ubożsi i o tryliard informacji o boreliozie mądrzejsi.
wtorek, 4 listopada 2014
PR
Zupełnie niezależnie od siebie P. i ja wpadliśmy na pomysł, że z racji rozgadania się Roszka należałoby popracować nad Jego autoprezentacją. Bo przecież dzieci w przedszkolu są Roszka ciekawe i zagadać Go mogą, ot niewinnie wziąć na spytki.
Więc każde z nas szkoliło Roszka jak odpowiadać na konkretne pytania. Ale trenerów dwóch to o jednego za dużo...
- Roszku, jak masz na imię?
-.... Pięć!
- A ile masz lat?
-..... Roooszek!
To by było na tyle jeśli chodzi o roszkowy PR.
niedziela, 2 listopada 2014
Zyl
Roszkowa mowa ewoluuje z dnia na dzień, a postępy najlepiej słychać w imieniu brata. Bazyli szybko awansuje w ustach Roszka: z początkowego, skromnego Li, dublując się w Lili, potem przechodząc w bardziej zaawansowaną formę Balili. A dziś Bazyli objawił się w ustach Roszka niczym światło jutrzenki w ciemną noc. A było to tak...
Gdy chłopcy obaj są przeze mnie huśtani na huśtawkach (patrz pierwsza scena filmu),bawimy się w taką wyliczankę:
Bazyli - Roch!
Bazylek - Roszek!
Bzyl - Roś!
I tak w kółko.
Dziś Bazyli wzgardził tą atrakcja i Roszek na huśtawce zasiadł sam. Więc, żeby było konsekwentnie i adekwatnie do sytuacji, zaintonowałam wyliczankę w wersji pojedynczej: Roch! Roszek! Roś!
Ale Roś - nie w ciemię bity - przepięknie dopowiedział imię brata - w każdej formie!
I tylko zestaw głosek BZ okazał się nie do pokonania i Bzyl pozostał Zylem.
A więc:
B A Z Y L I - Roch!
B A Z Y L E K - Roszek!
Z Y L - Roś!
Gdy Roszek wypowiada jakieś słowo niezniekształcone to nadal ciężko mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Niedowierzający umysł podejrzewa dubbing. A jednak...
HIP HIP HURA!!!!
(w wersji roszkowej R należy zamienić na J) :)
Gdy chłopcy obaj są przeze mnie huśtani na huśtawkach (patrz pierwsza scena filmu),bawimy się w taką wyliczankę:
Bazyli - Roch!
Bazylek - Roszek!
Bzyl - Roś!
I tak w kółko.
Dziś Bazyli wzgardził tą atrakcja i Roszek na huśtawce zasiadł sam. Więc, żeby było konsekwentnie i adekwatnie do sytuacji, zaintonowałam wyliczankę w wersji pojedynczej: Roch! Roszek! Roś!
Ale Roś - nie w ciemię bity - przepięknie dopowiedział imię brata - w każdej formie!
I tylko zestaw głosek BZ okazał się nie do pokonania i Bzyl pozostał Zylem.
A więc:
B A Z Y L I - Roch!
B A Z Y L E K - Roszek!
Z Y L - Roś!
Gdy Roszek wypowiada jakieś słowo niezniekształcone to nadal ciężko mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Niedowierzający umysł podejrzewa dubbing. A jednak...
HIP HIP HURA!!!!
(w wersji roszkowej R należy zamienić na J) :)
piątek, 31 października 2014
Klip
Lęk jest ciemnością, ale moja miłość jest lampionem,
świecącym blaskiem, jak monety w fontannie (...)
Tu jest smutne stare morze, ale moja miłość jest wyspą,
Dziką i wolną, jak te wzgórza i wyżyny
Jest lekkim powiewem wiatru, który sprowadza mnie z powrotem na suchy ląd,
Tam gdzie kwiaty rosną
(...)
Miłość jest jedyną pieśnią, jaką będę śpiewał..
/Coin in a fountain, Passanger/
Hymn naszego życia...
PS. Sylwia, Krzyś, dziękuję za płytę!
świecącym blaskiem, jak monety w fontannie (...)
Tu jest smutne stare morze, ale moja miłość jest wyspą,
Dziką i wolną, jak te wzgórza i wyżyny
Jest lekkim powiewem wiatru, który sprowadza mnie z powrotem na suchy ląd,
Tam gdzie kwiaty rosną
(...)
Miłość jest jedyną pieśnią, jaką będę śpiewał..
/Coin in a fountain, Passanger/
Hymn naszego życia...
PS. Sylwia, Krzyś, dziękuję za płytę!
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)












































