niedziela, 24 marca 2013

Godzina Widmo

Ostatnio narzekałam, że Bazyli od kilku dni wstaje o 6 rano... I spotkała mnie za to sroga kara, wymierzona pulchną rączką mojego Starszego Synka..

Roszek wstał dziś o 2.40. (Sprostowanie dla tych, którzy opowiadają się po jasnej stronie życia i zwą siebie niepoprawnymi optymistami: porzućcie wszelką nadzieję i nie łudźcie się! W tej historii nie ma dobrego zakończenia... To NIE BYŁA 14.40! To była 2.40 - godzina, o której istnieniu niby każdy wie teoretycznie, ale mało jest takich, którzy na własne oczy doświadczyli jej empirycznie na tarczy bądź wyświetlaczu zegara).

Właśnie tę godzinę-widmo mój Synek uznał za najwłaściwszy moment, by powitać nowy dzień (dzień?) pełną piersią.

Powitałam wraz z Nim. Uczciliśmy to niecodzienne (dzięki Ci Panie!) zdarzenie podwójną dawką Teletubisiów, okrasiliśmy na poprawkę Mysią i.. dotrwaliśmy do godzin porannych, zdecydowanie bardziej przystępnych statystycznemu zjadaczowi chleba.

Jest 8.16.

Roszek spać nie zamierza.

Ja - jak najbardziej!

Dobranoc.

piątek, 22 marca 2013

Jak uśpić dziecko (a zwłaszcza Roszka)?

Potrzebne rzeczy:

dziecko (najlepiej Roch)

poduchy

odtwarzacz CD

piosenka Formacji Nieżywych Schabuff pt. Dadada



Usypianie krok po kroku:

1. Sadzamy dziecko w wygodnym, bezpiecznym miejscu.

2. Obkładamy je ze wszystkich stron poduchami.

3. Puszczamy piosenkę (czasem kilka razy z rzędu - do skutku).

4. Czekamy, aż dziecko zaśnie.



Gotowe!



Film instruktażowy poniżej:


czwartek, 21 marca 2013

21.3.

Mówią:

- nie przyszedłem na świat sam, lecz z całym zespołem.

Mówią:

- była promocja i dali mi dodatkowy chromosom.

W 21 parze chromosomów ten trzeci, dodatkowy. Ten łobuz, który psuje, przeszkadza, wadzi.. Ten łobuz, który obdarowuje, odmienia, odwraca kolej rzeczy i piramidę ważności. Ten łobuz, który wszystko zmienia...

Stąd 21. 3.

Dziś Światowy Dzień Zespołu Downa.

Nasz Dzień Downa rozpoczął się pewnego marcowego dnia, gdy odebrałam telefon od pani genetyk.

Ale z perspektywy czasu widzę, że zaczynał się dużo, dużo wcześniej..

***


Mam jakieś 10 lat. Siedzę w kościele, przede mną w ławce dorosły chłopak z zd. Odwraca się do mnie, uśmiecha zezując, ślini. Boję się go. Brzydzę.

Mam 17 lat. Jako wolontariusz prowadzę zabawę karnawałową w Zespole Szkół Specjalnych. Wśród biegających dzieci mój wzrok wyławia Downy. Dzieci jak każde. Jestem oswojona.

Mam 20 lat. W ramach praktyk zajmujemy się dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. Opiekuję się małą dziewczynką z zd. Jest przeurocza, słodka, w różowej spódniczce, z blond kiteczkami. Jestem zauroczona.

Mam 21 lat. Odbywam praktykę w WTZ ( Warsztaty Terapii Zajęciowej). Pracuję z dorosłymi z niepełnosprawnością intelektualną. Są tam też osoby z zd. Zawsze taktowny, kulturalny Robert. Rubaszny Rysio. Muminki. Uwielbiam ich.

Mam 24 lata. Staramy się o dziecko. Długo. Mówię do P.:

- Wiesz, gdyby urodziło nam się dziecko z downem, to nie tragedia.

Przytakuje mi.

Mam 25 lat. Jestem w 3 miesiącu ciąży. Ginekolog bada przezierność karkową i kość nosową płodu, które mogą wskazywać na zd.

- Downa to ja tu nie widzę - mówi.


A ja patrzę na zdjęcie cudnej kruszynki skulonej w mojej macicy i przez głowę przebiega mi myśl - ma taki nosek zadarty jak dzieci z zd. Ale to myśl bez ładunku emocjonalnego, bezbarwna. Wiem, że nasze dziecko jest ZDROWE.

Mam 25 lat. Jestem w 5 miesiącu ciąży. Już wiemy, że jest wada serca. Będą operacje. Oswajamy tę myśl, przymierzamy ten ból do siebie, żeby się uleżał, bo będzie z nami już zawsze. W akcie desperacji idę na Mszę o Uzdrowienie. Klęczę w ławce, modlę się. Obok mnie ktoś siada. Otwieram oczy. Chłopak z zd. Podajemy sobie ręce na znak pokoju. Jego dłoń jest ciepła. Bezpieczna. Uśmiechamy się do siebie. Jest już podejrzenie zd, czekamy na wynik kariotypu. Znak?

Mam 25 lat. Jestem w 6 miesiącu ciąży.

Siedzimy z P. w kuchni. Gadamy. Odbieram telefon od pani genetyk.

- Państwa syn ma zespół Downa.

- Mamy Chochlika - mówię do P.

Płaczę pół godziny.

P. tuli.

 

Już. Już ok.

 

Witaj Roszku Groszku :)

niedziela, 17 marca 2013

Wrzaskun

KLASYFIKACJA:

gatunek: Wrzaskun (zwany Skrzekotem)


rodzaj: Kakofoniks Rex


charakter: niezmordowany

misja: wrzeszczeć do utraty tchu (dosłownie), aż ściany popękają, szyby z ram okiennych wylecą, a spokojni ludzie wskutek hałasu do obłędu doprowadzeni przez te okna i dziury w ścinach wyskoczą, nie bacząc na własne życie i zdrowie

występowanie: szczególne zagęszczenie osobników zaobserwować można w przedszkolach, żłobkach i wszelkich skupiskach dzieci do lat 3, także (niestety) domy prywatne, od niedawna - nasza spokojna sielska wieś

UWAGA!

Nigdy nie wiadomo, kiedy Wrzaskun zaatakuje. Gdy już zdetonuje swój ładunek dźwiękowy jedynym wyjściem jest szybka ewakuacja lub dokładne zatkanie uszu (znane są przypadki nieszczęśników, którzy w desperacji zapychali swoje uszy tamponami/korkami od wina/ziemią doniczkową/papryczkami chili/ect./ect./ect..).  Izolacja jest jedynym sposobem względnego wyciszenia Wrzaskuna i powstrzymania go przed kolejną detonacją dźwięku. Próba dyskusji z takowym stworem lub przekrzyczenia go w trakcie trwania ataku (zdarzali się i tacy desperaci) - tylko dla super odważnych lub zupełnie głuchych. W skrajnych przypadkach w trakcie wyjątkowo perfidnego ataku należy jak najszybciej stracić przytomność, by uchronić swój system nerwowy przed całkowitą destrukcją.

Antidotum: Jeśli jednak nie uda nam się uniknąć bezpośredniego starcia z Warzaskunem, już PO takowym należy bezwzględnie podreperować stan swego ciała (uszy!) i ducha (uszy! uszy! uszy!). Najskuteczniejszym antidotum na dawkę audio Wrzaskuna jest zaaplikowanie sobie minimum tygodnia w głębokiej, głuchej dziczy, najlepiej prastarym borze, w małej ziemiance i tam przejścia terapii ciszą/dźwiękami natury.

Gdy w/w sposób z różnych przyczyn jest niemożliwy do zrealizowania poleca się zamienniki o nieco mniejszej sile odtruwania, ale równie kojące: zakopać się 3 metry pod ziemią/zanurkować na głębokość 20 metrów/poprzez naumyślne niemycie uszu doprowadzić do całkowitego ich zatkania woskowiną.



Poniżej filmik z Wrzaskunem w roli głównej. Osoby wrażliwe prosimy o wyłączenie głośników.

środa, 13 marca 2013

Rytuał

Na wstępie chciałabym serdecznie podziękować Panom Jankowi B. i Julkowi T. za nieoceniony, OGROMNY wkład w naszą szarą, monotonną codzienność..

***


Przez obrazy uciekającego snu przebijają się pojedyncze szmery. Tup, tup, tup... Roszek gramoli się na łóżko, siada obok mojej głowy na poduszce i cichutko siedzi. Czeka. Czasem kładzie swoją pulchną łapkę na moich ustach, jakby gestem czarnoksiężnika mówił: Przyzywam Cię, Matko, powstań! Czasem czeka długo.. Należę do zagorzałych fanów teorii, że pod ciepłą kołdrą czujemy się jak w macicy matki. Widocznie musiało mi być bardzo wygodnie w tym pierwszym, organicznym domku, bo zazwyczaj mam spore problemy z opuszczeniem bezpiecznego kokona łóżka.

Roszek czeka. Bzylek biega po mieszkaniu, tupie, wydaje z siebie radosne okrzyki. Źrebaczek wypuszczony na łąkę.

Roszek czeka, a ja pomalutku wracam do rzeczywistości z zaświatów. Gdy już upewni się, że jestem bardziej TU niż TAM, słyszę ciche:

- Ąki...

- Wybierz Synku, którą chcesz...

Niemal słyszę jego uśmiech, tą radość, że oto nareszcie Matka podjęła wyzwanie i rozpoczynamy codzienny rytuał. I choć oboje dobrze wiemy, że decyzje zapadły dawno, dawno temu, zgodnie odgrywamy swoje role. Czuję, jak Roszek drepce po łóżku, przeczołguje się przeze mnie, sięga do parapetu. Stoi tam cała kolekcja książeczek, specjalnie przygotowanych, żeby nie trzeba było opuszczać łóżka w ich poszukiwaniu. Słyszę, jak paluszkami łapie odpowiedni tom i ze swą zdobyczą wraca mozolnie na swoje miejsce na poduszce, obok mojej głowy. Długo mości się na niej, aż wreszcie słyszę:

- Ywa... -   podaje mi tytuł, bym nie musiała przemęczać się otwieraniem oczu. Więc, nadal z zamkniętymi oczami, zaczynam recytację:

- Stoi na stacji LOKOMOTYWA, ciężka, ogromna, i pot z niej spływa...

Źrebiątko Bzylek przybiega od razu, skacze po mnie, piszczy... Tak jak brat, uwielbia te chwile, gdy Mama mamrocze spod kołdry arcydzieła polskiej poezji dla dzieci.

Po trzykrotnym (!) wyrecytowaniu z pamięci długaśnej "epopei o losach PKP" dane mi będzie zmienić repertuar. Roszek usatysfakcjonowany, wstaje po kolejną książkę.

- Nanie... - słyszę jego chrapliwy głos, gdy znowu mości się na poduszce z książką w rączce.

- Na STRAGANIE w dzień targowy takie toczą się rozmowy..

Jadę z koksem. Zdarza mi się czasem jeszcze przysnąć w pół słowa, jednak Roszek poirytowanym warknięciem szybko doprowadza mnie do pionu.

- Ypka...

Proszę bardzo:

- Zasadził dziadek RZEPKĘ w ogrodzie...

I tak sobie płyniemy poprzez krajobrazy bazarowo-wiejskie. Roszek przewraca kartki, niektóre słowa sam dopowiada, po swojemu, Bzylek krąży radośnie w pobliżu. Ja - w przyjemnym rozdwojeniu: choć słowem już TU - pcham lokomotywy, pocę się przy wyciąganiu rzepki, to jednak zmysłem wzroku ciągle TAM, gdzie pod wciąż zamkniętymi powiekami przesuwają się senne obrazy. Roszek, niczym Piotruś Pan, przeprowadza mnie z Nibylandii na twardy grunt.

- ...bociek na żabkę, żabka na kawkę, i na ostatku kawka na trawkę!

Koniec. I początek.

Otwieram oczy.

- Dzień dobry Chłopcy!

niedziela, 10 marca 2013

Tatuś rules

Tata czyta Roszkowi na dobranoc wierszyki-zagadki o zwierzątkach. Na końcu każdej zagadki zawiesza głos i Roszek dopowiada ostatnie słowo-odpowiedź. Nadstawiłam ucha i słyszę:

Kukuryku! To jest dowód,

że w zagrodzie rządzi...

 

A Roszek: Tatuś!

wtorek, 5 marca 2013

Deja vu

Jak co tydzień zadzwoniłam dziś do Łodzi.

Jak co tydzień usłyszałam: proszę dzwonić za tydzień.

Deja vu.

Sen wariata jakiś...

Roszku, na ile takich tygodni zaprogramowało się Twoje serduszko, by nadal bić?

poniedziałek, 4 marca 2013

Wiosna

Wybiegliśmy dziś ku wiośnie. Roszek - tradycyjnie - zajął się konsumpcją śniegu, jakby wiedział, że to już ostatki. Bzyl - szczęśliwy, że topniejący śnieg odsłania wreszcie tak wytęsknione przez niego skarby natury: gałązki, kamyczki, piasek. Biega z patyczkiem w ręku jak Harry Potter z różdżką. Czarujemy... Tak bardzo chciałabym rzucić się tej wiośnie w ramiona.. Mniej więcej cztery lata temu, gdy Roszek kiełkował pod moim sercem, był to czas wielkiego spokoju i radości. Zadziwiająco dobrze radziliśmy sobie ze świadomością całego "dobrodziejstwa inwentarza", jakie ta mała istotka miała ze sobą przynieść. I choć wszystko miało się zmienić - już na zawsze mieliśmy wkroczyć w okrutny świat ponurych szpitali, w których umierają dzieci, a strach staje się nieodłącznym towarzyszem dnia codziennego - była w nas radość oczekiwania i nadzieja, i przeczucie, że wraz z cierpieniem przyjdzie też Wielka Miłość i Szczęście. Roszek był wyczekanym cudem - i ilość jego chromosomów nie miała tu nic do rzeczy.

I znów zbliża się wiosna. Wtedy dała mi siłę. Teraz - boję się wygrzebać z zimowego snu..

piątek, 1 marca 2013

Równowaga

Dziś Roszek odkrył nową zabawę. Nazwałam ją roboczo Przerzucaniem Worków z Węglem. W roli worka - Roszek, w roli rzucacza - Pani Matka, czyli ja. A więc: do łóżeczka turystycznego, w którym nocami śpi Bazylek, wsypujemy miliard plastikowych kulek. Następnie Roszek zamienia się w worek, a ja mam za zadnie wrzucać go do kulek na tysiąc różnych sposobów, najlepiej w opozycji do grawitacji, czyli głową w dół. Mile widziane wszelkiego rodzaju urozmaicenia - salta w powietrzu, półobroty, fikołki i wyrzutki. Roszek wniebowzięty. Ja - troszkę mniej. Po dokonaniu 30 wrzutów 16-kilowym "workiem" mój kręgosłup błagał o litość, więc zaordynowałam koniec akcji. Następnie Bazyli i ja wysłuchaliśmy półgodzinnego lamentu w tonacji c-moll, i było po sprawie. Świat wrócił do równowagi. Są przecież Teletubisie, są chrupki kukurydziane, jest zabawkowy odkurzacz.. "Życie jest jednak znośne" - pomyślał Roszek, ocierając łzy.

Obrazek

poniedziałek, 25 lutego 2013

Meritum

W sobotę za sprawką Szanownego Jubilata i Roszka Rozbójnika wyszłam z siebie i stanęłam obok. Jako taką równowagę psychiczną przywróciło mi godzinne odśnieżanie szuflą śniegu przed domem. Swój stan określam jako tymczasowo stabilny...

A Łobuzy nie próżnują.. Przez ostatnie trzy dni kwiatek doniczkowy, który stoi w pokoju chłopców na parapecie, wylądował na dywanie dwa razy. Raz za sprawą Bzylka, raz Roszka. Swoją drogą - co za zgranie względem celu ataku! Za każdym razem wydałam z siebie tylko cichy jękostęk i pokornie wzięłam się za odkurzanie. A dziś przyszła refleksja - być może Łobuzy sobie tego kwiatka w pokoju nie życzą, albo właśnie podoba im się tak bardzo, że nie mogą się powstrzymać przed ręczną manipulacją nim! I tu przechodzimy do meritum, czyli do mojej bezbrzeżnej tęsknoty za komunikacją werbalną w wykonaniu moich dzieci pt. Mamusiu, zabierz ten kwiatek! Mamusiu, siku! Pić! Boli! Jeść! Param pam pam, cokolwiek, byleby podane prosto i wyraźnie. Mój biedny mózg wreszcie by odpoczął od ciągłej analizy kwękostęków i rykowyjców. Słowa jak na tacy - tylko brać! Eh... Najprawdopodobniej kiedyś się doczekam. A na razie - analiza wyrazów dźwiękonaśladowczych..

A to efekty niedzielnej pracy twórczej Taty w asyście Bałwanków :)

Zdjęcie0028

Zdjęcie0026

***


Dzwoniłam dziś do Łodzi, lecz nie zastałam naszej Pani Doktor. Jak nie dziś, to jutro, pojutrze. Wracają czarne myśli, kosmate, złe strachy.. Tak długo czekamy, że nadchodząca operacja Roszka wydaje się być nierealnym widmem. Tymczasem, wielkimi krokami.. Tup, tup, słyszycie?

sobota, 23 lutego 2013

2 urodziny Bazylka

Dokładnie dwa lata temu w naszej rodzinie pojawił się Mały Kosmita - dziecię o oczach nieziemskich i wrzasku równie powalającym :) Roszek dzielnie przyjął młodszego braciszka - płakał razem z nim i śmiał się wraz z nim, i tak jest do dzisiaj..
Wszystkiego najlepszego Bzylątko!!!

A poniżej filmik o Bohaterze Dnia :)


wtorek, 19 lutego 2013

Trolle Wodne

Obrazek

KLASYFIKACJA:

gatunek: Troll Wodny (zwany również Ogrem Chlapusem)

rodzaj: człekotrollowate

charakter: wredny

misja: całą wodę z wanny/brodzika przetransportować na podłogę

występowanie: akweny wodne, baseny, domy prywatne, od niedawna: nasza łazienka...

UWAGA! Trolle odporne na wszelkiego rodzaju spokojną werbalną perswazję, niespokojną werbalną perswazję, bardzo niespokojną werbalną perswazję, a nawet na groźby karalne. Jedyny skuteczny sposób pozbycia się szkodnika: poczekać, aż dorośnie.

piątek, 15 lutego 2013

Wróg

Od wczoraj w małych noskach moich Synków czai się wróg. Zainstalował się tam niepostrzeżenie i teraz gulgocze, pochlipuje, dyskretnie ścieka po małych buźkach. W mojej głowie od razu zapaliła się czerwona lampka: ATTENTION! ACHTUNG! POZOR! Wypowiedziałam wojnę intruzowi i zarządziłam powstanie zbrojne: inhalacje solą fizjologiczną trzy razy dziennie (jak się da, to częściej, ale na razie według moich dzieci "się nie da"), nawilżanie nosków i powietrza w domku, zakraplanie nosków wodą morską i odciąganie intruza fridą, wzmożona dawka witaminki Ce, ewentualnie olejek z drzewa herbacianego/maść majerankowa pod nosek na noc. To nie może się rozpanoszyć WŁAŚNIE TERAZ, gdy nasz wyjazd na decydujące starcie TUŻ TUŻ! :(

A więc WOJNA! Katarowi mówimy stanowcze i zdecydowane: NIE!

***


Zawsze powtarzam Roszkowi, że NIKOMU Go nie oddam.

Nikomu, poza Tym Człowiekiem:

http://dziendobry.tvn.pl/...west,76221.html

czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki

Dziś Święto Miłości, więc od Roszka, dla wszystkich przyjaciół, fragment jego ulubionej piosenki Arki Noego pt. Ruszaj Ziarno:

"Miłość jak kosmos cały,


a ja jestem robaczek mały.


Miłość jak ocean wielka,


a ja jestem mała muszelka.


Miłość jak ogromna skała,


a ja taka kruszynka mała.


Miłość jak drzewo okazałe,


a ja jestem ziarenko małe..."



Obyście zawsze pławili się w tym nieskończonym ogromie, jakim jest Miłość właśnie :)

środa, 13 lutego 2013

Łobuzy i Sztuka

Od jakiegoś czasu w naszym domu niepodzielnie panują Sztuki Piękne lub Piękne Sztuki, jak kto woli. Bazyla ciężko nam oderwać od kredki, a z kolei kredkę ciężko Bazylowi oderwać od, wielce kuszących, wszelakich powierzchni gładkich w naszym domu. I tak oto rośne nam mały Michał Anioł - niemal codziennie mamy okazję odkrywać nowe freski ścienne w wykonaniu Juniora. Mama, czyli ja, wykazuje się wielką ignorancją i brakiem szacunku dla pracy artysty i z uporem maniaka ściera te dzieła sztuki ze ścian. Niepowetowana strata dla świata kultury...

Obrazek

Natomiast Roszek, z racji swego dość ospałego charakteru, zdecydowanie woli sztukę konsumować, niż ją tworzyć...Dziś do konsumpcji wybrał dzieło autorstwa Izy, jednej ze swoich Mam Chrzestnych (bo Roś ma dwie dwie Mamy Chrzestne, a co!). Efekty konsumpcji na załączonym obrazku:

Obrazek

Obrazek

Bon appétit Kochanie! :)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Z poradnika Pani Domu :)

buduj z dziećmi zamki


trwalsze niż te z piasku


układaj z nimi drogę


ze szklanych kulek marzeń


myj codziennie troskliwie


w kąpieli czułych słów

poniedziałek, 4 lutego 2013

No i lipa...

Dzwoniłam do Łodzi. I już wiem. Znowu nici z wyjazdu, ale tym razem definitywnie. Do tej pory był korek na sali pooperacyjnej i była nadzieja, że za dzień za dwa, miejsca się zwolnią, operacje ruszą i pojedziemy. Ale teraz problem jest inny. Nie ma dla Roszka homograftu. To taka biologiczna zastawka wypreparowana z ludzkich zwłok (tak, tak, ZWŁOK, więc chwała wszystkim dawcom!). Jest to bardzo droga i rzadka "część wymienna", szpital dostaje ją raz na jakiś czas. Gdy czekaliśmy w grudniu na operację, akurat homograft był. Plany pokrzyżowała infekcja wymiotno-sraczkowa Roszka. Pewnie na oddziale było teraz jakieś dziecko, które też wymagało homograftu i go dostało. Nie jest to część zamawiana na konkretne dziecko, jak mniemam, tylko po prostu jest na stanie, albo nie, i dają temu, kto akurat potrzebuje i jest gotowy do operacji. Nie wiem też, jak z terminem ważności takiego homograftu - być może trzeba wszczepić go szybko, nie może czekać.

No nic. Mam dzwonić pod koniec lutego. Więc jest mała ulga - przynajmniej 3 tygodnie spokoju. Do tej pory "nie znaliśmy dnia ani godziny" i uwierzcie, nie jest to przyjemny stan. Ciągle wstawiam pranie, żeby w razie nagłej wieści o wyjeździe wszystko było gotowe. Ale w głowie już kotłują się myśli - czy nic się przez ten czas czekania nie wydarzy, czy serduszko Roszka sobie radzi i NAPRAWDĘ może czekać (już czeka, i czeka, i czeka..)? I czy marzec to dobry czas na operację? Przesilenie wiosenne, wszystkie zarazki się "budzą" po zimie.. Ale zaraz na siłę uruchamiam machinę pozytywnego myślenia: teraz panuje grypa, też niedobrze.. Co człowiekowi zostaje? Tylko to zdanie, zdecydowanie nadużywane przez gatunek ludzki: widocznie tak miało być...:(

czwartek, 31 stycznia 2013

Małpi Gaj

Jak w tytule, mamy w domu Małpi Gaj. Łobuzy nauczyły się wchodzić na meble (obaj równocześnie, nawet nie wiem, kto po kim zgapił..) i teraz skaczą po komodach, stołach, krzesłach... Dwa dni temu wchodzę do pokoju chłopców, a tu Roszek stoi beztrosko na parapecie okna.. Wdrapał się tam ze stoliczka do rysowania... Stoliczek musiał więc przewędrować spod okna pod ścianę. Teraz Bazyli wdrapuje się na niego i zrywa naklejki ze ściany (bezpieczniejsze to, ale dla mnie bolesne, bo naklejki ścienne w pokoju dziecięcym były moją WIELKĄ DUMĄ... były...). Roch wczoraj zaliczył piękny lot z łóżka i już bałam się, że skończy się wstrząsem mózgu.. Skończyło się wielką śliwą :( Bazyli wchodzi na stół kuchenny z krzesła, staje na nim i huśta lampą, która wisi dość nisko nad stołem. Lampa ma dopiero dwa tygodnie i obawiam się, że nie pożyje długo...

Noce również są bardzo wesołe - wczorajszą noc Bzyl miał nagłą iluminację i olśnienie, że spać w nocy nie warto, i buszował od 2.40 do 4.40. Dziś było jeszcze weselej - Bzyl szalał od 1.20 do 3.20, a Roszek od 5.20 do 7.00. Jak łatwo się domyślić, Mamusia i Tatuś byli przeszczęśliwi :/

I tak nam upływa to czekanie na WIELKI DZIEŃ... Od poniedziałku powinniśmy byli być w Łodzi, może dziś, może jutro byłaby operacja serduszka Roszka... Akurat moi rodzice mają ferie, mogliby zostać z Bzylem. Ale na sali pooperacyjnej jest korek, nie ma wolnych łóżek, kolejka do operacji zrobiła się długa i nas odwołano.. Lepiej czekać w domku niż na oddziale.. W poniedziałek mam dzwonić, może będzie nowy termin dla nas. Tymczasem doceniam KAŻDY dzień, każdą nieprzespaną noc :) Wszystko może być piękne, byleby razem, w czwórkę...

A tydzień temu byłam z Łobuzami u mojej Babci, czyli ich Prababci. Wisi tam duży obraz jakiejś niezidentyfikowanej świętej. Ma ona długie, ciemne włosy, ręce złożone do modlitwy i uśmiecha się patrząc gdzieś w górę. W dzieciństwie bawiłam się, że to Św. Magdalena. Roszek wszedł, popatrzył na obraz i powiedział: "Mama..". :)