czwartek, 14 kwietnia 2016

Majka

Czy ja już pisałam kiedyś, że nasze przedszkole jest najwspanialsze na świecie?

Przedszkolaki pojechały dziś autokarem na... koncert Majki Jeżowskiej do Lubina!

Maaaaaaajkaaaaaaaaa!!!

Pojechały dzieci zdrowe, i pojechały wszystkie dzieci z niepełnosprawnościami - w myśl majkowej mądrości, że wszystkie dzieci nasze są. Panie przedszkolanki - nieustraszone. Ja - matka - mdlejąca ze strachu. A jak Bazylemu przytrafi się wpadka z siku lub, co gorsza, z kupką? A jak zasika jedyne buciki? A jak się rozwrzeszczy głośniej od Majki? A jak Roch odmówi noszenia plecaczka? A jak się przesika? A jak? A jak? A jak?

Nadawałam jak ckm.

Panie przedszkolanki pozostały niewzruszone, nieustraszone!

Pojechali...



I było (podobno) BOMBASTYCZNIE! A Roszek szalał za siebie i brata - głośna muzyka, tłum i światła to jego żywioł.
Zdjęcia pochodzą ze strony Zielonego Przedszkola w Głogowie. 


Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole

Zdjęcie: Zielone Przedszkole


Odważnym Paniom i Dyrekcji Przedszkola - serdecznie DZIĘKUJEMY!!!!!!



 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dakar

Lubicie filmy sensacyjne? Albo przygodowe? A może jednak thillery?

Będzie zgroza. Będzie o kupie.
Wrażliwych prosimy o nie czytanie.

WSTĘP:

Bazyli od kilku dni grubszą sprawę załatwia na ubikację - radość ogromna, ulga wielka, bo przez 4 miesiące chodzenia bez pieluchy codziennie robił kupkę w majty i do śmiechu nam było coraz mniej, a nawet wcale.
Niestety - na dworze cywilizowane zasady nie obowiązują i Bazyli bezwstydnie strzela w majty z armaty, a potem z krzykiem ściąga spodnie i majty i biega tak, aż cały nie umaże się na brązowo. Wtedy do akcji wkraczam ja, złoszczę się, tupię, postękuję, ciągnę delikwenta do domu pod prysznic i ogólnie nie fajnie jest.

Tyle tytułem wstępu.

AKCJA:

Siedzimy sobie na dworze. Kilkakrotnie pytam Bazyla, czy chce siusiu lub kupkę, próbuję zaciągnąć go do ubikacji. Nic z tego.
Idziemy do lasu, biegniemy wręcz, bo na topie jest teraz zabawa w ganianego. Po kilkuset metrach Bazyli strzela kupkę. W majty. Zarządzam natychmiastowy w tył zwrot. Roch zgłasza stanowczy sprzeciw. Nie chce iść, więc po chwili namawiania biorę Go na ręce. Bzyl wykorzystuje ułamek sekundy, gdy puszczam jego rękę i puszcza się pędem w las, w dół. Szybko znika mi z oczu. Gonimy Go z Roszkiem. Widzę, że Bzyl zbiegł na sam dół leśnego wąwozu ścieżką i... zsuwa spodnie i majty. Pełne rzadkiej kupy. Krzyczę, żeby tego nie robił. Pędzimy z Roszkiem do Bzyla, a on w tym czasie daje dyla w las, nie ścieżką, ale na przełaj, na oślep. Z majtami pełnymi kupy zsuniętymi do kostek. Chcę gonić Bzyla, ale Roszek odmawia zejścia ze ścieżki w leśne głębiny. Bzyl znika mi już z oczu. Co robić? Co robić? Zostawić Roszka tutaj i pędzić za Bazylem? Ale jak Roszek też mi zwieje? Odprowadzić Roszka do domu i wrócić po Bzyla? Ale to zajmie z 15 minut i przez ten czas Bazyli ucieknie mi tak daleko, że go nie odnajdę. Co robić? Co robić? Łzy ciekną mi po policzkach. Chwytam Rocha na ręce i pędzę za Bazylim. Pędzę to złe słowo, bo Roch wierzga, wrzeszczy i nie pomaga wcale, a trasa wiedzie przez górki i dołki, krzaki, gałęzie, chaszcze i całą leśną obfitość. Biegam tak jak opętana i próbuję namierzyć Bazyla! Jest! Stoi... w potoczku. Po kostki w wodzie. Na mój widok oczywiście zaczyna uciekać - potoczkiem. A na kostkach dyndają Mu... majty pełne brązowej treści. Pędzę za Nim. Dwadzieścia kilogramów Roszkowego sprzeciwu znacznie utrudnia mi pościg. Bzyl ucieka, nie docierają do niego moje błagania, by się zatrzymał. Wreszcie Go doganiam. Stoi w bajorku szlamu, cały w kupie i błocie. Stawiam Roszka na brzegu i nie wiem już, co robić? Włazić w to błoto czy czekać, aż Bzyl sam z niego wyjdzie? Proszę, błagam, nalegam, wręcz - do Bzyla nic nie dociera. Za to dociera do Roszka, który, widząc jak matka miota się na brzegu bajorka i złorzeczy litanie do wszystkich znanych sobie kurw i nędzy, postanawia nie oporować więcej. Poddaje się mojej woli, spokojnie towarzyszy. I ta mądrość Roszkowa, to jego opamiętanie nas uratowały. Łapię Roszka na ręce, włażę w bajoro, po kolana w błocie, wolną ręką chwytam Bazyla za przegub i prowadzę do brzegu. Wspinamy się na stromą górkę, muszę puścić Bzyla, by podeprzeć Roszka. Bzyl od razu ucieka do zagajnika, oczywiście z majtami pełnymi kupy na kostkach. Rzucam się za nim. Jest! Chwytam mocno i nie puszczam do samego domu. Roszek idzie grzecznie, nie protestuje. Bzyl całą drogę (dobre 15 minut pod górę) awanturuje się i złorzeczy w sobie tylko znanym języku. Gdy dochodzimy do domu, pod bramę zajeżdża P - prosto z pracy,, zaalarmowany wcześniej moim rozpaczliwym wyciem do słuchawki, że Bzyl zwiał, Roch nie chce iść, że kupa, że las... P. wysiada z auta i patrzy na naszą trójkę w osłupieniu - jesteśmy cali w błocie i kupie. Cali. Ja, dodatkowo, we łzach.

KONIEC AKCJI

W domu, piorąc ciuchy, myjąc buty, chlipałam sobie jeszcze z dobrą godzinę. Bzyl skruchy nie okazał, wrzeszczał jeszcze przez trzy godziny, ciągle próbując postawić na swoim. Jedynie Roś był szczęśliwy, bo zaopiekowały się nim ukochane Teletubisie.

****

Ledwie godzinę przed tą całą leśną akcją rozmawiałam z psychologiem z przedszkola chłopców - że czuję się jak na polu minowym, jak na wojnie, jak w okopie. Pan radził mi, bardzo słusznie z resztą, by nie bać się min, bo prędzej czy później się na jakąś wejdzie.

No i weszliśmy.

Na szambo-minę.

Rajd Paryż - Dakar.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Gaduła

Siadamy do śniadania.
- Roszku, co chcesz?
- Om... (zamiast Am).

Uczymy się savoir vivre'u.
Dzień dobry, do widzenia, dziękuję.
Roszek się zafiksowuje na spacerze:
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję...

Huśtam Roszka na huśtawce w ogrodzie.
- Roszku, chcesz wysoko?
- Kak.
- To jak huśtamy?
- Wy-so-ko.
- Jeszcze?
- Kak.

Takie nasze szczątkowe dialogi, resztkowe rozmowy, okruszki, ociupinki.
Przy nie-mówiącym-nic Bazylku Roch wydaje nam się straszną gadułą.

Gdy się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma.

A jak już Roch zaczyna śpiewać z Freddiem Mercurym we will, we will rock you! - to jestem szczęśliwa, po prostu.


Po roku regresowania, po bolesnym osuwaniu się w niebyt, nasz Pierworodny wraca. Pomalutku, tup, tup, tup, pojawiają się nowe słowa, czasem wzrok przytomniejszy, więcej zainteresowań i potrzeb.



Ptaki się rozśpiewały, drzewa pączkują, fiołki kuszą swą wonią, bzyczą pierwsze, ospałe trzmiele.
Piosenki się piszą, sprzęt do nagrywania się kompletuje, plany się robią, goście się zapowiadają.

Życie się dzieje!



środa, 6 kwietnia 2016

Szpik

Znów nadciągnęły czarne chmury nad nasze głowy... Bazyli od jakiegoś czasu popsuł się kompletnie - wrzeszczy, o byle co się awanturuje, jest złośliwy i uparty jak osioł. Więc wrzeszczymy oboje, bo cierpliwość swoją dawno zgubiłam gdzieś pomiędzy irytacją a wściekłością. Wróciły histerie, wrócił szał wymuszania, wróciły furie. Roszek - pozostawiony sam sobie - bo mama wiecznie użera się z bratem: albo próbuje przetrzymać jego szały, albo taszczy go do domu całego w kupie i rozebranego od pasa w dół, albo tłumaczy, że nie wolno, że już nie dostanie więcej, albo próbuje zrozumieć, o co Mu chodzi. O Roszka nikt już nie walczy, bo polegliśmy w autystycznej bitwie o przeżycie i leżymy bez życia, jak zombie z kiepskiego horroru.


Bazyli jest w terapii równe dwa lata. Na diecie 3 x bez - prawie rok.
Postępy są mizerne - może więcej rozumie i więcej wykonuje poleceń. Ale mowa leży jak leżała. Histerie nawracają cyklicznie. Spazmy gniewu nie ustają. Sikanie nam nie idzie - po 4 dniach suchych majtek następuje istny kataklizm - Bzyl zsikuje się co pół godziny, kilka razy dziennie. Kupa w gacie - niezmiennie. Komunikatu: chcę siusiu - brak. Stymuluje nasiliły się tak bardzo, że Bzyl już niczym innym się nie zajmuje, tylko pstryka palcami i drze papier. Obsesyjnie, nieustannie, chorobliwie. Pozbawić go tej przyjemności - zabrać przedmiot, w który pstryka - to najgorsza zbrodnia. Karą jest godzinna histeria, że tylko uszy zatykać i wiać. A potem zostaje lej po bombie atomowej - nieżywa rodzina, rozjechana tym walcem, wyssana do szpiku kości.


Czytam, szukam, węszę - co począć?

I coraz bardziej upewniam się, że bez porządnego leczenia biomedycznego nie ruszymy dalej. Ba, nie przetrwamy w jako takim zdrowiu psychicznym! W Stanach Zjednoczonych autyzm traktuje się jak chorobę autoimmunologiczną - zła praca jelist, zła metylacja, złe wchłanianie substancji odżywczych, brak umiejętności usuwania toksyn z organizmu - to wszystko powoduje zachowania autystyczne. I trzeba to leczyć! Nie lekami, kolejnym świństwem - ale odpowiednią dietą, suplementacją i trybem życia. I przemawia to do mnie, coraz bardziej. Mutacja genu MTHFR, którą wszyscy mamy - nasila te objawy i pogłębia problem.

Bazyli jest inteligentny, świetnie nawiązuje kontakt, wiele rozumie i wiele potrafi. Jest pogodnym, roześmianym chłopcem. A jednak coś męczy Go na tyle, że zamienia się w demoniczną, wrzeszcząca istotę. Śmieje się bez powodu, obsesyjnie. Jego ciało mu przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu, w rozwoju, w mówieniu!

Postanowiliśmy - zrobimy serię drogich i niedostępnych w Polsce badań. Mamy ten komfort finansowy - DZIĘKI WASZEMU WSPARCIU W POSTACI 1%!!!! Panel metylacyjny, nietolerancje pokarmowe, badanie OAT lub ORGANIX. Wyniki pokażą, co w Bzylu piszczy, czego Mu brakuje, a czego ma w nadmiarze. Z wynikami zwrócimy się do Mądrych Głów. Na szczęście mamy już kilka na oku :)

A potem zacznie się PROCES. Trudny, żmudny, bardzo wymagający.

Nie mamy nic do stracenia, a do wygrania - całe nasze życie.

Postanowiliśmy.
Pomóc naszemu Synkowi.

Trzymajcie kciuki!

sobota, 2 kwietnia 2016

2.04

Głogów świecił dziś na niebiesko, przynajmniej tam, gdzie się zjawialiśmy :) Całą rodzinką, oczywiście od stóp do głów ubrani na niebiesko, wzięliśmy udział w niektórych z licznych atrakcji przygotowanych przez Zespół Placówek Szkolno-Wychowawczych, Stowarzyszenie Niebieska Przystań i Bibliotekę Miejską - oczywiście z Głogowa. Dzieci szalały w parku rozrywki na kulkach i innych atrakcjach pod czujnym okiem wolontariuszy gimnazjalistów, a my, czyli rodzice przy pysznym torcie mogliśmy posiedzieć w restauracji, pogadać, poznać się lepiej. Pomysł cudowny! Potem krótka przerwa u babci i dziadka i już mknęliśmy do Biblioteki Miejskiej na wernisaż wystawy fotografii, na których uśmiechały się buzie dzieci z autyzmem z Głogowa i okolic, w tym oczywiście Endorfinkowe lica. 





Czy można świętować autyzm? 

Hm. 

Można. Można delektować się tą trudną odmiennością, często przełykając łzy, ale jednak.
Można świętować autyzm, bo otwiera nam zamknięte oczy.
Budzi nas z letargu praca-kasa-dom-meble-wczasy-tv.
Budzi nas do życia, tego prawdziwego.



Tak chłopcy świętowali na sesji fotograficznej. 

Dziękujemy autorkom zdjęć - Paniom Izie i Ewie Matuszewskim za wspaniałą przygodę!

Dziękujemy Zespołowi Palcówek Szkolno-Wychowawczych,  Stowarzyszeniu Niebieska Przystań i Bibliotece Miejskiej z Głogowa za wspaniałe atrakcje, gościnność, zaangażowanie i wielkie serca!




























czwartek, 31 marca 2016

Saper

Codzienność z Bazylim jest jak slalom po polu minowym - strach, w co się wdepnie za chwilę... Jest miło, spokojnie, nudno wręcz, i nagle... Potrzebny jest zapalnik. Zapalnikiem może być wszystko:
- ulotka, która wypadła z Bzylowej rączki, a pech chciał, że akurat jedziemy autem,
- paczka chrupek, która nagle okazuje się być (już) pusta,
- listek, który Bzylowe rączki podarły i niestety nie da się go wskrzesić,
- ziemniaczki, które pieką się w piecu 45 minut, a nie, jak chciałby Bzyl - sekundę,
- te same ziemniaczki, które po wyciągnięciu z pieca są gorące, a nie w sam raz (jakby życzył sobie Bazyli)
- wspomnienie banana, które nagle atakuje Bazyla ze wzmożoną siłą, nie dając spokoju i powodując potworne ssanie w brzuchu,
- kurtka nowa, nieoswojona, we wrogim Bzylowi fasonie i kolorze,
- muzyka, a raczej jej brak, gdy złośliwy palce mamy wyłączył ją po godzinie grania,
- itd., itp., ect....

Nie wiemy, co czai się za rogiem, w jaką nową, stresogenną sytuację wdepniemy tym razem. Co w tej kudłatej głowie się zrodzi - wściekłość, żal, rozpacz?

Objawy są te same - choć uczucia różne - wrzask, pisk, rzut na glebę i konwulsje epileptyka. Natychmiastowa utrata słuchu i zdolności rozumienia mowy ludzkiej. Zaciekłość, upór, złośliwość.

Zmęczeni jesteśmy tym polem minowym. Wybuchami wścieku. Uporem maniakalnym.

A przecież nie wszystko stracone - migają mi w głowie urocze slajdy: Bazyli pierwszy raz zjada makaron ze szpinakiem, Bazyli pierwszy raz robi kupkę na kibelek (a nie w majty), Bazyli uroczo uśmiechnięty, czule przytulony, rozumny, spokojny...

Bazyli Do Rany Przyłóż, Bazyli Cierpliwy, Bazyli Miłosierny.

I druga strona medalu - Bazyli Torpeda. Bazyli Choleryk.
Bazyli Saper.


wtorek, 29 marca 2016

Rejs

Co to był za rejs!...
















Dziękujemy stowarzyszeniu Niebieska Przystań z Głogowa za wspaniałą przygodę!


niedziela, 27 marca 2016

Sms

Dawno już nie mieliśmy tak dobrego, spokojnego dnia. Upijamy się słońcem, obecnością rodziny i dobrym humorem obu Endorfinek... Chwilo trwaj!


Chciałam dziś napisać o trudnej sztuce... przyjmowania.
Fundacja For Art z Lubina zgłosiła się do nas jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia - że czytają bloga, że chcą nas obdarować paczką, że tak, właśnie nas i proszę podać, co jest potrzebne.

Hm. Trudna to sprawa, szczególnie dla kogoś, kto lubuje się w rozdawaniu prezentów, a nie ich przyjmowaniu. Dostaliśmy wielgachną paczkę, pełną wszystkiego, co potrzebne. Paczkę pełną dobroci, uśmiechu, współodczuwania po prostu.

Parę dni temu, tuż przed świętami Wielkanocnymi dostaliśmy kolejną paczkę z tej samej fundacji. Z pieluchami i pomocami edukacyjnymi, które baaardzo nam się przydadzą.

I powiem Wam, że to jest niezwykłe przeżycie.
Przyjąć coś od kogoś, ot tak, od obcej osoby, bez okazji.

Z każdą taką formą wsparcia, z każdą darowizną od obcej osoby wpłaconą na konto chłopców w fundacji, z każdym wsparciem, choćby dobrym słowem czy gestem lub choćby podnoszącym na duchu komentarzem pod wisem na blogu - oprócz lekkiego skrępowania - rośnie we mnie to niesamowite, błogie uczucie.

To tak, jakbym odbierała smsy od obcych osób:
"Cześć, jestem, pamiętam".
"Trzymajcie się. Pozdrawiamy i kibicujemy". 
"Zdrówka!".


I czasem, gdy nad naszą chatynkę pod lasem nadciągają najczarniejsze chmury, ta świadomość pomaga przetrwać -  nie jesteśmy sami. Nasze dzieci to nie jest tylko nasza sprawa. To jest świata sprawa, bo wszyscy jesteśmy częścią większej całości.

Dobro powraca, ZAWSZE.

Dziękujemy Wam, cudowni, dobrzy ludzie. 


Wróci do Was.
Z nawiązką :)






czwartek, 24 marca 2016

Dzwoneczek

Czy to poszpitalane traumy, czy przesilenie zimowo-wiosenne, spadek formy mamy wszyscy. Znaczny.

Ciężko zmusić się do czegokolwiek, a już szczególnie do pracy terapeutycznej z własnymi dziećmi, do zdrowego gotowania (do gotowania w ogóle!), do spontaniczności. Więc wracamy z zajęć, z pracy, zakopujemy się w domowym nie-zaciszu (bo zawsze któraś z Endorfin ma nadwyżkę hałasu i pozbywa się dźwięków bezwstydnie i z impetem - zazwyczaj jest to Bzyl). Zaczynam dzień od prania kupy i kończę tak samo. Karmię, opiekuję, przebieram, prowadzę, strofuję, pilnuję. Na trybie autopilota.

I coraz częściej łapię się na tym, że w mojej smutnej głowie pojawia się myśl, że tak już będzie zawsze. Że Roś nie pójdzie do pracy, nie znajdzie dziewczyny i nie pogadamy nigdy o jego ulubionych filmach. Że Bzyl nigdy nie przemówi i już zawsze będzie piszczał i wrzeszczał, i jako 40-letni facet będzie budził postrach a nie litość - jak teraz. Że będę przewijać dorosłego mężczyznę i wzywać policję do pomocy, by obciąć mu paznokcie u stóp. I że sił będzie coraz mniej, a masa chłopców i problemów coraz większa.
I że to, że tamto, że sramto.

Zmęczone serce stuka arytmią.

Ale zaraz dzwoni w moim sercu malutki dzwoneczek - cichutko, delikatnie, jak kropelki deszczu na oknie, a jednak go słyszę. Dzwoni i budzi z letargu, zawraca mnie z kosmatej drogi strachu i bezsilności.

I śmieje mi się do ucha, i szepcze cichuteńko: "Nie wiesz, co będzie. Po prostu nie wiesz." 



Dopóki go słyszę - nie wszystko stracone :)




poniedziałek, 21 marca 2016

21.03.2016

Roś.

Uparciuch.
Przytulak.
Niezmiennie fan Teletubisiów.
Chochlik.

Jego przyszłość ciąży nam na sercu jak niestrawiony obiad.
Jego uśmiech odczarowuje najgorszą gorycz.

Jest, a mogło Go nie być.


Najlepiej podsumowała Roszka Babcia:

"Definicje kończą się
kiedy nazwać Ciebie chcę..."



Dziś Świętujemy Światowy Dzień Zespołu Downa!


 


piątek, 18 marca 2016

Sparta

Wróciliśmy.
Mój dzielny Bazylek i jego zestresowana matka.

Rezonans odbył się dziś, szóstego dnia naszego pobytu w szpitalu. Obyło się bez komplikacji, po wszystkim Bzyl pospał smacznie dwie godziny i wypuszczono nas do domu. Wyniki dostaniemy za jakiś czas pocztą.

Nie lubię marudzić na system, nie lubię narzekać publicznie (bo prywatnie to, i owszem).

Ale chyba w tym wypadku trzeba.

Zdrowe dzieci przyjmowane są na oddział i od tej pory zaczyna się wyścig z czasem - zachoruje czy nie? Dotrwa do rezonansu czy odpadnie w przedbiegach? A wrogów cała masa - po oddziale szaleje jelitówka, wirus gorączkowy, zapalenie krtani... Bzyl złapał katar i do końca bałam się, że go nie dopuszczą do badania (bo przecież w narkozie i nos musi być drożny), albo dopuszczą i się udusi.

Każdy musi odsiedzieć swoje, bo inaczej szpital jest stratny, bo NFZ nie płaci za pobyt pacjenta.
Paranoja.
Absurd.
Dręczenie dzieci za pieniądze podatników.

Polski szpital to ciągle obóz przetrwania.
Dziecko to ciąg cyfr i liter - imię, nazwisko, wiek, waga.

I tyle.
Aj. jak boli takie zderzenie z betonem!


Bazyli, jak na autystę, zniósł szpital bardzo dobrze. Nie miał problemu z nowym miejscem, z nowym łóżkiem, łazienką, z dziećmi dookoła, z hałasem, z nowym rytmem.

Wstawał o 4.30.
Biegał na boso po całym szpitalu.
Tu i ówdzie rzucał się na ziemię z rozpaczliwym wrzaskiem.


I znowu ten ogrom cierpienia - ciężko chore dzieci i ich sparaliżowani strachem rodzice.
Tradycyjnie każdy pobyt w szpitalu muszę odchorować - pochlipując przez pierwsze kilka dni w domu.


Przetrwaliśmy.
This is Sparta!






poniedziałek, 14 marca 2016

Szpital

Od wczoraj kibluję z Bazylim na wrocławskiej neurologii. Cel przyjazdu - rezonans magnetyczny głowy. Przyjęcie na oddział w niedzielę, rezonans w... piątek.

Czyli normalka.

Pierwsze godziny to szok - zawsze. Trzeba z miękkich, domowych pieleszy stwardnieć do szpitalnego kieratu. Przestawić się z opcji live na wegatcję. I, choć w tylu szpitalach człowiek był i na niejednej leżance spał, dalej nadziwić się nie mogę i zawsze zaskoczona jestem jakimś nowym szpitalnym absurdem.

Normalka.

W pierwszym odruchu chciałam wiać, gdy okazało się, ile trzeba będzie czekać. Ale Bzyl wstał dziś o 4.30 i nie zabiło nas to.
Zrobił siku i kupę w gacie baaaardzo daleko od toalety i... nie zabiło nas to.
A teraz siedzimy sobie wśród drzew i słuchamy szumu Wrocławia.

Łatwo nie będzie ale kto mówił, że życie jest łatwe?



Uwaga Dobre Duchy Wrocławskie (a jest Was sporo). Niczego nam nie trzeba, mamy się dobrze i zamierzamy do piątku przetrwać. A gdyby ktoś chciał uscisnąć nas osobiście, to jesteśmy dostępni po godzinie 15tej.

Ahoj przygodo!

piątek, 11 marca 2016

Sława

Kochani Endorfinkowi Przyjaciele!
Na naszym fanepage'u na Facebooku stuknęło nam równo 500 przyjaciół! To dla nas ogromne wyróżnienie, zaszczyt i radość! Dziękujemy, że jest Was aż tylu!!!
Kto jeszcze nie polubił - do dzieła!


A tak na swój sposób skomentowali to chłopcy:



poniedziałek, 7 marca 2016

Witamina M

Odebrałam Endorfinki z przedszkola. Obaj byli w różnych grupach, więc w szatni zainicjowałam rytuał, który od jakiegoś czasu pielęgnuję. Nazywam to Powitaniem Braci - Roszek wita Bazylka, Bazylek wita Roszka. Podaję im ich własne rączki, i na hasło zapożyczone z Teletubisiów (tulimy!) chłopcy się przytulają. Tzn. Bazyli przytula Roszka, a Roszek daje się przytulić. Zazwyczaj towarzyszą temu uśmiechy i chichoty. Chcę wierzyć, że kiedyś chłopcy zrobią to wszystko spontanicznie, sami z siebie, przez nikogo niezachęcani.
Dziś Roś od rana był w wyjątkowo dobrym humorze. Rozdawał uśmiechy na terapii i w przedszkolu jak  roznosiciel ulotek - na prawo i lewo. I po wykonanym rytuale Powitania Braci Roszek nie odsunął się od brata, jak zwykle, ale nadal stał przy Bzylku. Złapał go za dłoń i zaśmiał się do niego serdecznie, zawadiacko. Postali tak chwilę, za rączkę, śmiejąc się do siebie, a mnie coś ścisnęło w gardle.
Ta relacja braterska jest trudna - bez słów, bez reguł (straszy brat jest jak młodszy, a młodszy jak starszy), bez wspólnych zainteresowań, bez porozumienia, bez wspólnych zabaw, okrojona z wielu warstw.
Ale jest coś, czego mamy sporą nadwyżkę. Coś, dostępne dla każdego, bez względu na to, jaki kod ma wpisany w orzeczeniu o niepełnosprawności. Coś, co ratuje ten świat przed rozpaczą i wyciąga mnie codziennie za uszy do góry, ku słońcu.

Witamina M.
Miłością zwana.

Wszyscy mamy do niej dostęp,

I moje dzieci, na wielu płaszczyznach tak bardzo ułomne, w tej materii nie mają sobie równych.