wtorek, 29 marca 2016
niedziela, 27 marca 2016
Sms
Dawno już nie mieliśmy tak dobrego, spokojnego dnia. Upijamy się słońcem, obecnością rodziny i dobrym humorem obu Endorfinek... Chwilo trwaj!
Chciałam dziś napisać o trudnej sztuce... przyjmowania.
Fundacja For Art z Lubina zgłosiła się do nas jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia - że czytają bloga, że chcą nas obdarować paczką, że tak, właśnie nas i proszę podać, co jest potrzebne.
Hm. Trudna to sprawa, szczególnie dla kogoś, kto lubuje się w rozdawaniu prezentów, a nie ich przyjmowaniu. Dostaliśmy wielgachną paczkę, pełną wszystkiego, co potrzebne. Paczkę pełną dobroci, uśmiechu, współodczuwania po prostu.
Parę dni temu, tuż przed świętami Wielkanocnymi dostaliśmy kolejną paczkę z tej samej fundacji. Z pieluchami i pomocami edukacyjnymi, które baaardzo nam się przydadzą.
I powiem Wam, że to jest niezwykłe przeżycie.
Przyjąć coś od kogoś, ot tak, od obcej osoby, bez okazji.
Z każdą taką formą wsparcia, z każdą darowizną od obcej osoby wpłaconą na konto chłopców w fundacji, z każdym wsparciem, choćby dobrym słowem czy gestem lub choćby podnoszącym na duchu komentarzem pod wisem na blogu - oprócz lekkiego skrępowania - rośnie we mnie to niesamowite, błogie uczucie.
To tak, jakbym odbierała smsy od obcych osób:
"Cześć, jestem, pamiętam".
"Trzymajcie się. Pozdrawiamy i kibicujemy".
"Zdrówka!".
I czasem, gdy nad naszą chatynkę pod lasem nadciągają najczarniejsze chmury, ta świadomość pomaga przetrwać - nie jesteśmy sami. Nasze dzieci to nie jest tylko nasza sprawa. To jest świata sprawa, bo wszyscy jesteśmy częścią większej całości.
Dobro powraca, ZAWSZE.
Wróci do Was.
Z nawiązką :)
Chciałam dziś napisać o trudnej sztuce... przyjmowania.
Fundacja For Art z Lubina zgłosiła się do nas jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia - że czytają bloga, że chcą nas obdarować paczką, że tak, właśnie nas i proszę podać, co jest potrzebne.
Hm. Trudna to sprawa, szczególnie dla kogoś, kto lubuje się w rozdawaniu prezentów, a nie ich przyjmowaniu. Dostaliśmy wielgachną paczkę, pełną wszystkiego, co potrzebne. Paczkę pełną dobroci, uśmiechu, współodczuwania po prostu.
Parę dni temu, tuż przed świętami Wielkanocnymi dostaliśmy kolejną paczkę z tej samej fundacji. Z pieluchami i pomocami edukacyjnymi, które baaardzo nam się przydadzą.
I powiem Wam, że to jest niezwykłe przeżycie.
Przyjąć coś od kogoś, ot tak, od obcej osoby, bez okazji.
Z każdą taką formą wsparcia, z każdą darowizną od obcej osoby wpłaconą na konto chłopców w fundacji, z każdym wsparciem, choćby dobrym słowem czy gestem lub choćby podnoszącym na duchu komentarzem pod wisem na blogu - oprócz lekkiego skrępowania - rośnie we mnie to niesamowite, błogie uczucie.
To tak, jakbym odbierała smsy od obcych osób:
"Cześć, jestem, pamiętam".
"Trzymajcie się. Pozdrawiamy i kibicujemy".
"Zdrówka!".
I czasem, gdy nad naszą chatynkę pod lasem nadciągają najczarniejsze chmury, ta świadomość pomaga przetrwać - nie jesteśmy sami. Nasze dzieci to nie jest tylko nasza sprawa. To jest świata sprawa, bo wszyscy jesteśmy częścią większej całości.
Dobro powraca, ZAWSZE.
Dziękujemy Wam, cudowni, dobrzy ludzie.
Wróci do Was.
Z nawiązką :)
czwartek, 24 marca 2016
Dzwoneczek
Czy to poszpitalane traumy, czy przesilenie zimowo-wiosenne, spadek formy mamy wszyscy. Znaczny.
Ciężko zmusić się do czegokolwiek, a już szczególnie do pracy terapeutycznej z własnymi dziećmi, do zdrowego gotowania (do gotowania w ogóle!), do spontaniczności. Więc wracamy z zajęć, z pracy, zakopujemy się w domowym nie-zaciszu (bo zawsze któraś z Endorfin ma nadwyżkę hałasu i pozbywa się dźwięków bezwstydnie i z impetem - zazwyczaj jest to Bzyl). Zaczynam dzień od prania kupy i kończę tak samo. Karmię, opiekuję, przebieram, prowadzę, strofuję, pilnuję. Na trybie autopilota.
I coraz częściej łapię się na tym, że w mojej smutnej głowie pojawia się myśl, że tak już będzie zawsze. Że Roś nie pójdzie do pracy, nie znajdzie dziewczyny i nie pogadamy nigdy o jego ulubionych filmach. Że Bzyl nigdy nie przemówi i już zawsze będzie piszczał i wrzeszczał, i jako 40-letni facet będzie budził postrach a nie litość - jak teraz. Że będę przewijać dorosłego mężczyznę i wzywać policję do pomocy, by obciąć mu paznokcie u stóp. I że sił będzie coraz mniej, a masa chłopców i problemów coraz większa.
I że to, że tamto, że sramto.
Zmęczone serce stuka arytmią.
Ale zaraz dzwoni w moim sercu malutki dzwoneczek - cichutko, delikatnie, jak kropelki deszczu na oknie, a jednak go słyszę. Dzwoni i budzi z letargu, zawraca mnie z kosmatej drogi strachu i bezsilności.
I śmieje mi się do ucha, i szepcze cichuteńko: "Nie wiesz, co będzie. Po prostu nie wiesz."
Dopóki go słyszę - nie wszystko stracone :)
Ciężko zmusić się do czegokolwiek, a już szczególnie do pracy terapeutycznej z własnymi dziećmi, do zdrowego gotowania (do gotowania w ogóle!), do spontaniczności. Więc wracamy z zajęć, z pracy, zakopujemy się w domowym nie-zaciszu (bo zawsze któraś z Endorfin ma nadwyżkę hałasu i pozbywa się dźwięków bezwstydnie i z impetem - zazwyczaj jest to Bzyl). Zaczynam dzień od prania kupy i kończę tak samo. Karmię, opiekuję, przebieram, prowadzę, strofuję, pilnuję. Na trybie autopilota.
I coraz częściej łapię się na tym, że w mojej smutnej głowie pojawia się myśl, że tak już będzie zawsze. Że Roś nie pójdzie do pracy, nie znajdzie dziewczyny i nie pogadamy nigdy o jego ulubionych filmach. Że Bzyl nigdy nie przemówi i już zawsze będzie piszczał i wrzeszczał, i jako 40-letni facet będzie budził postrach a nie litość - jak teraz. Że będę przewijać dorosłego mężczyznę i wzywać policję do pomocy, by obciąć mu paznokcie u stóp. I że sił będzie coraz mniej, a masa chłopców i problemów coraz większa.
I że to, że tamto, że sramto.
Zmęczone serce stuka arytmią.
Ale zaraz dzwoni w moim sercu malutki dzwoneczek - cichutko, delikatnie, jak kropelki deszczu na oknie, a jednak go słyszę. Dzwoni i budzi z letargu, zawraca mnie z kosmatej drogi strachu i bezsilności.
I śmieje mi się do ucha, i szepcze cichuteńko: "Nie wiesz, co będzie. Po prostu nie wiesz."
Dopóki go słyszę - nie wszystko stracone :)
poniedziałek, 21 marca 2016
21.03.2016
Roś.
Uparciuch.
Przytulak.
Niezmiennie fan Teletubisiów.
Chochlik.
Jego przyszłość ciąży nam na sercu jak niestrawiony obiad.
Jego uśmiech odczarowuje najgorszą gorycz.
Jest, a mogło Go nie być.
Najlepiej podsumowała Roszka Babcia:
"Definicje kończą się
kiedy nazwać Ciebie chcę..."
Dziś Świętujemy Światowy Dzień Zespołu Downa!
Uparciuch.
Przytulak.
Niezmiennie fan Teletubisiów.
Chochlik.
Jego przyszłość ciąży nam na sercu jak niestrawiony obiad.
Jego uśmiech odczarowuje najgorszą gorycz.
Jest, a mogło Go nie być.
Najlepiej podsumowała Roszka Babcia:
"Definicje kończą się
kiedy nazwać Ciebie chcę..."
Dziś Świętujemy Światowy Dzień Zespołu Downa!
piątek, 18 marca 2016
Sparta
Wróciliśmy.
Mój dzielny Bazylek i jego zestresowana matka.
Rezonans odbył się dziś, szóstego dnia naszego pobytu w szpitalu. Obyło się bez komplikacji, po wszystkim Bzyl pospał smacznie dwie godziny i wypuszczono nas do domu. Wyniki dostaniemy za jakiś czas pocztą.
Nie lubię marudzić na system, nie lubię narzekać publicznie (bo prywatnie to, i owszem).
Ale chyba w tym wypadku trzeba.
Zdrowe dzieci przyjmowane są na oddział i od tej pory zaczyna się wyścig z czasem - zachoruje czy nie? Dotrwa do rezonansu czy odpadnie w przedbiegach? A wrogów cała masa - po oddziale szaleje jelitówka, wirus gorączkowy, zapalenie krtani... Bzyl złapał katar i do końca bałam się, że go nie dopuszczą do badania (bo przecież w narkozie i nos musi być drożny), albo dopuszczą i się udusi.
Każdy musi odsiedzieć swoje, bo inaczej szpital jest stratny, bo NFZ nie płaci za pobyt pacjenta.
Paranoja.
Absurd.
Dręczenie dzieci za pieniądze podatników.
Polski szpital to ciągle obóz przetrwania.
Dziecko to ciąg cyfr i liter - imię, nazwisko, wiek, waga.
I tyle.
Aj. jak boli takie zderzenie z betonem!
Bazyli, jak na autystę, zniósł szpital bardzo dobrze. Nie miał problemu z nowym miejscem, z nowym łóżkiem, łazienką, z dziećmi dookoła, z hałasem, z nowym rytmem.
Wstawał o 4.30.
Biegał na boso po całym szpitalu.
Tu i ówdzie rzucał się na ziemię z rozpaczliwym wrzaskiem.
I znowu ten ogrom cierpienia - ciężko chore dzieci i ich sparaliżowani strachem rodzice.
Tradycyjnie każdy pobyt w szpitalu muszę odchorować - pochlipując przez pierwsze kilka dni w domu.
Przetrwaliśmy.
This is Sparta!
Mój dzielny Bazylek i jego zestresowana matka.
Rezonans odbył się dziś, szóstego dnia naszego pobytu w szpitalu. Obyło się bez komplikacji, po wszystkim Bzyl pospał smacznie dwie godziny i wypuszczono nas do domu. Wyniki dostaniemy za jakiś czas pocztą.
Nie lubię marudzić na system, nie lubię narzekać publicznie (bo prywatnie to, i owszem).
Ale chyba w tym wypadku trzeba.
Zdrowe dzieci przyjmowane są na oddział i od tej pory zaczyna się wyścig z czasem - zachoruje czy nie? Dotrwa do rezonansu czy odpadnie w przedbiegach? A wrogów cała masa - po oddziale szaleje jelitówka, wirus gorączkowy, zapalenie krtani... Bzyl złapał katar i do końca bałam się, że go nie dopuszczą do badania (bo przecież w narkozie i nos musi być drożny), albo dopuszczą i się udusi.
Każdy musi odsiedzieć swoje, bo inaczej szpital jest stratny, bo NFZ nie płaci za pobyt pacjenta.
Paranoja.
Absurd.
Dręczenie dzieci za pieniądze podatników.
Polski szpital to ciągle obóz przetrwania.
Dziecko to ciąg cyfr i liter - imię, nazwisko, wiek, waga.
I tyle.
Aj. jak boli takie zderzenie z betonem!
Bazyli, jak na autystę, zniósł szpital bardzo dobrze. Nie miał problemu z nowym miejscem, z nowym łóżkiem, łazienką, z dziećmi dookoła, z hałasem, z nowym rytmem.
Wstawał o 4.30.
Biegał na boso po całym szpitalu.
Tu i ówdzie rzucał się na ziemię z rozpaczliwym wrzaskiem.
I znowu ten ogrom cierpienia - ciężko chore dzieci i ich sparaliżowani strachem rodzice.
Tradycyjnie każdy pobyt w szpitalu muszę odchorować - pochlipując przez pierwsze kilka dni w domu.
Przetrwaliśmy.
This is Sparta!
poniedziałek, 14 marca 2016
Szpital
Od wczoraj kibluję z Bazylim na wrocławskiej neurologii. Cel przyjazdu - rezonans magnetyczny głowy. Przyjęcie na oddział w niedzielę, rezonans w... piątek.
Czyli normalka.
Pierwsze godziny to szok - zawsze. Trzeba z miękkich, domowych pieleszy stwardnieć do szpitalnego kieratu. Przestawić się z opcji live na wegatcję. I, choć w tylu szpitalach człowiek był i na niejednej leżance spał, dalej nadziwić się nie mogę i zawsze zaskoczona jestem jakimś nowym szpitalnym absurdem.
Normalka.
W pierwszym odruchu chciałam wiać, gdy okazało się, ile trzeba będzie czekać. Ale Bzyl wstał dziś o 4.30 i nie zabiło nas to.
Zrobił siku i kupę w gacie baaaardzo daleko od toalety i... nie zabiło nas to.
A teraz siedzimy sobie wśród drzew i słuchamy szumu Wrocławia.
Łatwo nie będzie ale kto mówił, że życie jest łatwe?
Uwaga Dobre Duchy Wrocławskie (a jest Was sporo). Niczego nam nie trzeba, mamy się dobrze i zamierzamy do piątku przetrwać. A gdyby ktoś chciał uscisnąć nas osobiście, to jesteśmy dostępni po godzinie 15tej.
Ahoj przygodo!
Czyli normalka.
Pierwsze godziny to szok - zawsze. Trzeba z miękkich, domowych pieleszy stwardnieć do szpitalnego kieratu. Przestawić się z opcji live na wegatcję. I, choć w tylu szpitalach człowiek był i na niejednej leżance spał, dalej nadziwić się nie mogę i zawsze zaskoczona jestem jakimś nowym szpitalnym absurdem.
Normalka.
W pierwszym odruchu chciałam wiać, gdy okazało się, ile trzeba będzie czekać. Ale Bzyl wstał dziś o 4.30 i nie zabiło nas to.
Zrobił siku i kupę w gacie baaaardzo daleko od toalety i... nie zabiło nas to.
A teraz siedzimy sobie wśród drzew i słuchamy szumu Wrocławia.
Łatwo nie będzie ale kto mówił, że życie jest łatwe?
Uwaga Dobre Duchy Wrocławskie (a jest Was sporo). Niczego nam nie trzeba, mamy się dobrze i zamierzamy do piątku przetrwać. A gdyby ktoś chciał uscisnąć nas osobiście, to jesteśmy dostępni po godzinie 15tej.
Ahoj przygodo!
piątek, 11 marca 2016
Sława
Kochani Endorfinkowi Przyjaciele!
Na naszym fanepage'u na Facebooku stuknęło nam równo 500 przyjaciół! To dla nas ogromne wyróżnienie, zaszczyt i radość! Dziękujemy, że jest Was aż tylu!!!
Kto jeszcze nie polubił - do dzieła!
A tak na swój sposób skomentowali to chłopcy:
Na naszym fanepage'u na Facebooku stuknęło nam równo 500 przyjaciół! To dla nas ogromne wyróżnienie, zaszczyt i radość! Dziękujemy, że jest Was aż tylu!!!
Kto jeszcze nie polubił - do dzieła!
A tak na swój sposób skomentowali to chłopcy:
poniedziałek, 7 marca 2016
Witamina M
Odebrałam Endorfinki z przedszkola. Obaj byli w różnych grupach, więc w szatni zainicjowałam rytuał, który od jakiegoś czasu pielęgnuję. Nazywam to Powitaniem Braci - Roszek wita Bazylka, Bazylek wita Roszka. Podaję im ich własne rączki, i na hasło zapożyczone z Teletubisiów (tulimy!) chłopcy się przytulają. Tzn. Bazyli przytula Roszka, a Roszek daje się przytulić. Zazwyczaj towarzyszą temu uśmiechy i chichoty. Chcę wierzyć, że kiedyś chłopcy zrobią to wszystko spontanicznie, sami z siebie, przez nikogo niezachęcani.
Dziś Roś od rana był w wyjątkowo dobrym humorze. Rozdawał uśmiechy na terapii i w przedszkolu jak roznosiciel ulotek - na prawo i lewo. I po wykonanym rytuale Powitania Braci Roszek nie odsunął się od brata, jak zwykle, ale nadal stał przy Bzylku. Złapał go za dłoń i zaśmiał się do niego serdecznie, zawadiacko. Postali tak chwilę, za rączkę, śmiejąc się do siebie, a mnie coś ścisnęło w gardle.
Ta relacja braterska jest trudna - bez słów, bez reguł (straszy brat jest jak młodszy, a młodszy jak starszy), bez wspólnych zainteresowań, bez porozumienia, bez wspólnych zabaw, okrojona z wielu warstw.
Ale jest coś, czego mamy sporą nadwyżkę. Coś, dostępne dla każdego, bez względu na to, jaki kod ma wpisany w orzeczeniu o niepełnosprawności. Coś, co ratuje ten świat przed rozpaczą i wyciąga mnie codziennie za uszy do góry, ku słońcu.
Witamina M.
Miłością zwana.
Wszyscy mamy do niej dostęp,
I moje dzieci, na wielu płaszczyznach tak bardzo ułomne, w tej materii nie mają sobie równych.
Dziś Roś od rana był w wyjątkowo dobrym humorze. Rozdawał uśmiechy na terapii i w przedszkolu jak roznosiciel ulotek - na prawo i lewo. I po wykonanym rytuale Powitania Braci Roszek nie odsunął się od brata, jak zwykle, ale nadal stał przy Bzylku. Złapał go za dłoń i zaśmiał się do niego serdecznie, zawadiacko. Postali tak chwilę, za rączkę, śmiejąc się do siebie, a mnie coś ścisnęło w gardle.
Ta relacja braterska jest trudna - bez słów, bez reguł (straszy brat jest jak młodszy, a młodszy jak starszy), bez wspólnych zainteresowań, bez porozumienia, bez wspólnych zabaw, okrojona z wielu warstw.
Ale jest coś, czego mamy sporą nadwyżkę. Coś, dostępne dla każdego, bez względu na to, jaki kod ma wpisany w orzeczeniu o niepełnosprawności. Coś, co ratuje ten świat przed rozpaczą i wyciąga mnie codziennie za uszy do góry, ku słońcu.
Witamina M.
Miłością zwana.
Wszyscy mamy do niej dostęp,
I moje dzieci, na wielu płaszczyznach tak bardzo ułomne, w tej materii nie mają sobie równych.
sobota, 5 marca 2016
Fosa
Może wydać się to dziwne, że mieszkając przy samiutkim lesie wybraliśmy się na spacer do... miasta. Ale zatęskniliśmy za głogowską starówką, za miejskim gwarem, za miejscami naszej młodości. Wszak trzeba Endorfinki cywilizować, bo w naszej wsi, otoczone tylko lasem - dziczeją, a my wraz z nimi. Owszem, nie lubimy tłoku i hałasu. Nie lubimy dużych skupisk ludzi i samochodów. Ale w naszym starym, poczciwym Głogowie są miejsca, gdzie można się schować. Było tak, jak lubimy - pusto i przytulnie.
Endorfinki wybrały się dziś na podbój miejskiej fosy! Wszak Głogów przez setki lat był wielką warowną twierdzą...
Fosa pachniała... wiosną!
Endorfinki wybrały się dziś na podbój miejskiej fosy! Wszak Głogów przez setki lat był wielką warowną twierdzą...
Fosa pachniała... wiosną!
środa, 2 marca 2016
Zabawa
Czym byłoby dzieciństwo bez zabawy? Straconym, smutnym czasem... Pamiętacie, jak bawiliście się do upadłego w berka, dwa ognie i chowanego? Jak lalki ożywały i można było ich życiem zrobić dosłownie wszystko? Jak ganialiście po parku z łukiem i strzałami? Graliście w gry, wygłupialiście się, a największa frajda była wtedy, gdy wszystkie dzieciaki z podwórka się skrzyknęły i zrobiły coś naprawdę szalonego (w moim przypadku - poszły wykąpać się w kałużach na jezdni w czasie ulewy).
Zabawa = rozwój.
Endorfinki nie potrafią się bawić. Zupełnie.
Nie wchodzą w relacje i naprzemienność, że raz Ty, a raz ja.
Nie potrafią udawać, wchodzić w role, odgrywać scen.
Nie ekscytuje ich budowanie wieżowców z klocków lub garaży z pudełek.
Nie wymyślają sobie "dorosłych" zajęć, nie interesuje ich ani trochę gotowanie na niby, sprzedawanie na niby, leczenie na niby.
Potrafią za to godzinami powtarzać jedną, jedyną czynność. Nieustannie, do nieznudzenia, do upadłego. Roszek kręci ścierką/maskotką/skarpetką. Bazyli przerzuca w dłoniach i na podłodze drobne przedmioty - plastikowe sztućce/skrawki papieru/małe figurki. To ich kosmiczna zabawa, z odległej galaktyki.
Gdy mamy czas i chęć, siadamy z P. bezradni na dziecięcym dywanie i desperacko próbujemy zainteresować chłopców CZYMKOLWIEK.
Udaje się sporadycznie Roszek popatrzy, jak układam puzzle, sam poukłada te dźwiękowe. Bazyli za to pogania się z tatą, porobi powietrze akrobacje w ramionach P.
I koniec.
Nie ma wspólnego oglądania bajek Disneya, nie ma grania w w gry, nie ma wspólnych przeprowadzanych doświadczeń, rysowania, przebierania, odgrywania.
Ja, dawna Królowa Zabawy, co na własnej małoletniej, dużo młodszej siostrze i jej psiapsiółach uroczych wspinałam się na szczyty swoich możliwości animatorskich i wprowadzałam w życie swoje najśmielsze zabawowe pomysły, cały ten potencjał, to pragnienie odkładam na potem. Na zaś. Na wielkie niespełnienie. Podchody w lesie z liścikami ukrytymi pod korą i mchem, przebieranki-malowanki, tunele strachu i wróżkowe przyjęcia, kartonowy domek Muminków i księgi Stworów Rozmaitych, to było Moje Królestwo Starszej Siostry.
Bo takie też miałam dzieciństwo. Bajeczne po prostu.
Gdy rodzice zdrowych dzieci mają serdecznie dość nachalnych, nieustających próśb: Mamo, pobaw się ze mną! - my oddalibyśmy wiele, a może i wszystko za taką gotowość naszych dzieci do bycia RAZEM z nami.
Jest pusto, ciemno. I smutno.
Pożaliłam się Bzylkowej Pani Terapeutce z naszej bezsilności zabawowej, z naszej codziennej samotności na zielonym dywanie w kolorowe autka.
I dostałam dziś Plan Nauki Zabawy.
Jakkolwiek strasznie to brzmi.
Bo prawda jest taka, że musimy nasze dzieci zabawy nauczyć - krok po kroku. Uczynić z niej zadanie do wykonania, plan do wdrożenia, punkt po punkcie.
Aż wejdzie im w nawyk. Aż wejdzie im w krew.
I pewnego dnia sami wezmą się za układanie klocków.
Odkryją całą tę frajdę.
Choć ociupinkę.
A my, zmęczeni, szarzy i bladzi z wysiłku, odetchniemy na moment.
Zwrócimy im dzieciństwo.
Zabawa = rozwój.
Endorfinki nie potrafią się bawić. Zupełnie.
Nie wchodzą w relacje i naprzemienność, że raz Ty, a raz ja.
Nie potrafią udawać, wchodzić w role, odgrywać scen.
Nie ekscytuje ich budowanie wieżowców z klocków lub garaży z pudełek.
Nie wymyślają sobie "dorosłych" zajęć, nie interesuje ich ani trochę gotowanie na niby, sprzedawanie na niby, leczenie na niby.
Potrafią za to godzinami powtarzać jedną, jedyną czynność. Nieustannie, do nieznudzenia, do upadłego. Roszek kręci ścierką/maskotką/skarpetką. Bazyli przerzuca w dłoniach i na podłodze drobne przedmioty - plastikowe sztućce/skrawki papieru/małe figurki. To ich kosmiczna zabawa, z odległej galaktyki.
Gdy mamy czas i chęć, siadamy z P. bezradni na dziecięcym dywanie i desperacko próbujemy zainteresować chłopców CZYMKOLWIEK.
Udaje się sporadycznie Roszek popatrzy, jak układam puzzle, sam poukłada te dźwiękowe. Bazyli za to pogania się z tatą, porobi powietrze akrobacje w ramionach P.
I koniec.
Nie ma wspólnego oglądania bajek Disneya, nie ma grania w w gry, nie ma wspólnych przeprowadzanych doświadczeń, rysowania, przebierania, odgrywania.
Ja, dawna Królowa Zabawy, co na własnej małoletniej, dużo młodszej siostrze i jej psiapsiółach uroczych wspinałam się na szczyty swoich możliwości animatorskich i wprowadzałam w życie swoje najśmielsze zabawowe pomysły, cały ten potencjał, to pragnienie odkładam na potem. Na zaś. Na wielkie niespełnienie. Podchody w lesie z liścikami ukrytymi pod korą i mchem, przebieranki-malowanki, tunele strachu i wróżkowe przyjęcia, kartonowy domek Muminków i księgi Stworów Rozmaitych, to było Moje Królestwo Starszej Siostry.
Bo takie też miałam dzieciństwo. Bajeczne po prostu.
Gdy rodzice zdrowych dzieci mają serdecznie dość nachalnych, nieustających próśb: Mamo, pobaw się ze mną! - my oddalibyśmy wiele, a może i wszystko za taką gotowość naszych dzieci do bycia RAZEM z nami.
Jest pusto, ciemno. I smutno.
Pożaliłam się Bzylkowej Pani Terapeutce z naszej bezsilności zabawowej, z naszej codziennej samotności na zielonym dywanie w kolorowe autka.
I dostałam dziś Plan Nauki Zabawy.
Jakkolwiek strasznie to brzmi.
Bo prawda jest taka, że musimy nasze dzieci zabawy nauczyć - krok po kroku. Uczynić z niej zadanie do wykonania, plan do wdrożenia, punkt po punkcie.
Aż wejdzie im w nawyk. Aż wejdzie im w krew.
I pewnego dnia sami wezmą się za układanie klocków.
Odkryją całą tę frajdę.
Choć ociupinkę.
A my, zmęczeni, szarzy i bladzi z wysiłku, odetchniemy na moment.
Zwrócimy im dzieciństwo.
sobota, 27 lutego 2016
Srzępirwij Nadeptek
KLASYFIKACJA:
gatunek: Strzępirwij Nadeptek
rodzaj: Przydeptus Papirus
charakter: kompulsywny
misja: wygrać z niszczarką do papieru
występowanie: domy prywatne, przedszkola, biurowce
Zadomowił sie u nas na dobre. Poznacie go po odgłosie dartego na strzępy papieru. Po pozdzieranych ze ścian naklejkach. Po podartych pudełkach po herbacie, paragonach, receptach i ważnych dokumentach, które ktoś nieopatrznie zostawił w zasięgu jego małych łapek. Poznacie go po strzępach papieru walających się... wszędzie. Zostawia po sobie ślady, ciche kopczyki - w łazience - kawałeczki papieru toaletowego ułożone w zgrabny stosik. W przedpokoju - resztki chusteczki higienicznej w artystycznym nieładzie. W pokoju - strzępy ulubionej, papierowej książeczki. Gdy dorwie się do zapasu karbowanej bibuły - wyraźnie słychać w powietrzu świst fruwających, kolorowych skrawków.
Strzępirwij umie sprzątać po sobie, na szczęście. Przynosi nam w garści to, co niedawno podarł, albo upycha gdzie bądź. I potem, zdziwieni, odkrywamy w szufladzie ze skarpetkami podartą w strzępy okładkę najnowszego "Zwierciadła". Albo listę niezrobionych jeszcze zakupów - w koszu na pranie.
Stwór ten ma też swoje drugie oblicze - przydeptuje wszystko, co wpadnie mu pod stopę. Drepta po zabawkach, butach, kablach i przewodach, po ubraniach, klockach i książeczkach. Jego wiecznie głodne stopy szukają nieustannie nowych wrażeń. Pół biedy, gdy zostawicie nieopatrznie na podłodze parasol, torbę lub plecak. Strzępijrwij Nadeptek przebiegnie po nich cichaczem, większej szkody nie czyniąc. Ale bestia to dość znudzona, w poszukiwaniu wrażeń wspinająca się na wyższe szczeble ewolucji (mebli). Tak więc włazi na szafki, komody, półki, zdobywa nowe tereny przez zadeptanie. I przydeptuje z pasją: laptopy, telefony komórkowe, kluczyki i szkatułki z duperelkami.
Niezmordowany jest.
wtorek, 23 lutego 2016
5
Dziś stuknęło Bzylowi. Życie przybiło Mu piątkę :)
W przedszkolu były harce, swawole, tańce, prezenty i życzenia.
W domu nastąpiła kontynuacja - tort pół dnia przeze mnie dopieszczany (bez glutenu, bez nabiału, bez cukru, na spodzie orzechowym, z masą kokosową). Prezent duży i wypasiony.
Dzień jak marzenie.
Tylko sam Zainteresowany jakby nie zainteresowany.
Owszem, podarł z lubością papier, w który zapakowany był prezent, podarł kartkę z życzeniami. Na prezent czyli super jeżdżącą ciuchcię spojrzeć nie raczył, za to do końca dnia delektował się darciem na małe strzępki instrukcji od tejże. Torta skubnął.
Roszek olał całą imprezę doszczętnie.
Siedliśmy wieczorem z P. nad tortem, sami, opuszczeni.
I znów ten sam błąd. Znów ta sama pułapka.
Oczekiwania i schematy.
Tak ciężko oduczyć się tego.
Chciałabym dostroić moje dzieci do świata.
A to świat trzeba dostroić do nich.
W przedszkolu były harce, swawole, tańce, prezenty i życzenia.
W domu nastąpiła kontynuacja - tort pół dnia przeze mnie dopieszczany (bez glutenu, bez nabiału, bez cukru, na spodzie orzechowym, z masą kokosową). Prezent duży i wypasiony.
Dzień jak marzenie.
Tylko sam Zainteresowany jakby nie zainteresowany.
Owszem, podarł z lubością papier, w który zapakowany był prezent, podarł kartkę z życzeniami. Na prezent czyli super jeżdżącą ciuchcię spojrzeć nie raczył, za to do końca dnia delektował się darciem na małe strzępki instrukcji od tejże. Torta skubnął.
Roszek olał całą imprezę doszczętnie.
Siedliśmy wieczorem z P. nad tortem, sami, opuszczeni.
I znów ten sam błąd. Znów ta sama pułapka.
Oczekiwania i schematy.
Tak ciężko oduczyć się tego.
Chciałabym dostroić moje dzieci do świata.
A to świat trzeba dostroić do nich.
piątek, 19 lutego 2016
Walentynka
Wczoraj, wieczorową porą, wybraliśmy się z P. na randkę, taką najprawdziwszą! Mianowicie, gdy dzieci zasnęły, pozostawiliśmy je pod czujnym uchem Pradziadka i wyruszyliśmy na romantyczny spacer - aż do skrzynki pocztowej i z powrotem (na wsiach skrzynki są na środku wsi).
Eh, co to były za emocje... :) Całe 15 minut na świeżym powietrzu, razem, sami (nie licząc psa, który oczywiście poszedł z nami). Czyste szaleństwo!
A w skrzynce czekał list.
Walentynka raczej.
Otworzyliśmy kopertę i...
Wzruszenie odebrało nam mowę :)
Była to Walentynka od... Bazylka!
My, rodzicie dzieci niemówiących, nie dostajemy Walentynek. Nie dostajemy liścików, nie dostajemy wyznań. Wystarczyć nam musi szczery uśmiech i roześmiane oczy naszych dzieci. Oczy, z których czytamy jak z książki. I to nam wystarcza. Musi.
Aż tu zdarza się w naszym życiu Ktoś, kto to rozumie, kto widzi nie tylko nasze zmagania z wychowaniem niepełnosprawnych dzieci, ale też nasze tęsknoty, nasze puste plamy, nasze niewypowiedziane marzenia.
I je spełnia....
A oto kulisy całej akcji:
Eh, co to były za emocje... :) Całe 15 minut na świeżym powietrzu, razem, sami (nie licząc psa, który oczywiście poszedł z nami). Czyste szaleństwo!
A w skrzynce czekał list.
Walentynka raczej.
Otworzyliśmy kopertę i...
Wzruszenie odebrało nam mowę :)
Była to Walentynka od... Bazylka!
My, rodzicie dzieci niemówiących, nie dostajemy Walentynek. Nie dostajemy liścików, nie dostajemy wyznań. Wystarczyć nam musi szczery uśmiech i roześmiane oczy naszych dzieci. Oczy, z których czytamy jak z książki. I to nam wystarcza. Musi.
Aż tu zdarza się w naszym życiu Ktoś, kto to rozumie, kto widzi nie tylko nasze zmagania z wychowaniem niepełnosprawnych dzieci, ale też nasze tęsknoty, nasze puste plamy, nasze niewypowiedziane marzenia.
I je spełnia....
Dziękujemy wspaniałemu Zielonemu Przedszkolu i CUDOWNYM PANIOM!!!
A oto kulisy całej akcji:
![]() |
| fotografia: Zielone Przedszkole |
![]() |
| fotografia: Zielone Przedszkole |
![]() |
| fotografia: Zielone Przedszkole |
![]() |
| fotografia: Zielone Przedszkole |
![]() | |||
| fotografia: Zielone Przedszkole |
![]() |
| fotografia: Zielone Przedszkole |
wtorek, 16 lutego 2016
Jak nakarmić niejadka?
Jedynym niejadkiem w naszej rodzinie jest Bazyli. A raczej wybiórczojadkiem, bo ciągle coś je, ale nie to, co byśmy chcieli... W dziedzinie gotowania czasami przechodzę sama siebie, całą rodziną jemy zdrowiej - bez glutenu, bez nabiału, bez mięsa, dużo kasz, dużo warzyw, zup... A Bazyli... Hm... Czasem zje kilka łyżek pomidorówki z kaszą jaglaną, czasem w ziemniakach uda się przemycić troszkę kalafiora lub brokuła. Kaszę jaglaną zje, owszem, ale w formie czekoladowego ciasta (bez cukru) lub szarlotki. Tylko na słodko.
Roszek jest za to jadkiem wspaniałym - nie podjada, nie marudzi, ale, gdy przyjdzie pora, głośno domaga się swego: am, am! I pałaszuje, co dobra Mama dała, do ostatniej kropelki i ostatniego ziarenka. A potem zagląda w cudze talerze, dosiada się do jedzącego P. i niewinnie mówi: am....
I tu przechodzimy do meritum! Jak nakarmić niejadka?
Posadzić go do stołu z bratem wszystkojadkiem!
Taka sytuacja:
Jemy risotto z warzywami - palce lizać! Dla Bazyla forma sypkiego ryżu z różnokolorowymi warzywami jest nie do przełknięcia, więc modyfikuję dla Niego danie - dodaję jajo, blenduję i smażę kotleciki.
Więc pałaszujemy wszyscy... oprócz Bzyla. Po Jego minie widać, że nie bardzo, że nie będzie tak nisko upadał, żeby jeść jakieś tam ryżowe kotlety, nie i koniec. Nie naciskałam. Roszek zjadł całą swoją porcję. A potem... jak gdyby nigdy nic obszedł stół dookoła (chłopcy siedzą na przeciwko siebie) i zabrał z Bzylowgo talerza kotlecik. Po czym spałaszował ze smakiem.
I to wystarczyło.
Bzylek natychmiast zasiadł do stołu i zjadł co trzeba.
Takie to proste! :)
Roszek jest za to jadkiem wspaniałym - nie podjada, nie marudzi, ale, gdy przyjdzie pora, głośno domaga się swego: am, am! I pałaszuje, co dobra Mama dała, do ostatniej kropelki i ostatniego ziarenka. A potem zagląda w cudze talerze, dosiada się do jedzącego P. i niewinnie mówi: am....
I tu przechodzimy do meritum! Jak nakarmić niejadka?
Posadzić go do stołu z bratem wszystkojadkiem!
Taka sytuacja:
Jemy risotto z warzywami - palce lizać! Dla Bazyla forma sypkiego ryżu z różnokolorowymi warzywami jest nie do przełknięcia, więc modyfikuję dla Niego danie - dodaję jajo, blenduję i smażę kotleciki.
Więc pałaszujemy wszyscy... oprócz Bzyla. Po Jego minie widać, że nie bardzo, że nie będzie tak nisko upadał, żeby jeść jakieś tam ryżowe kotlety, nie i koniec. Nie naciskałam. Roszek zjadł całą swoją porcję. A potem... jak gdyby nigdy nic obszedł stół dookoła (chłopcy siedzą na przeciwko siebie) i zabrał z Bzylowgo talerza kotlecik. Po czym spałaszował ze smakiem.
I to wystarczyło.
Bzylek natychmiast zasiadł do stołu i zjadł co trzeba.
Takie to proste! :)
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)




























