środa, 5 marca 2014

Mission Impossible

Pojechaliśmy sprawdzić, co w uszach piszczy. Chłopcy, po godzinnej podróży, wkroczyli do przychodni z uśmiechami na twarzach (nadal spodziewam się wrzasku w nowych miejscach publicznych, szczególnie po Bzylu). Kolejka oczekujących na badanie niemała, ale hol spory. Wzięli go we władanie jednomyślnie i zaczęły się harce, pląsy, podbiegi i przytupy:



Ludzie otwierali oczy szeroko ze zdumienia. Być może myśleli: Boże, co to się wyrabia! Co to po ziemi chodzi.. Jeden downowaty, charczy, warczy, idzie, jakby zaraz miał się wyłożyć. A ten drugi.. na oko uroczy, a jednak też coś nie do końca.. Jak koń zawodzi i ani be, ani me.. Dostrzegłam uśmiechy serdeczne, ale i lekkie przerażenie na widok naszej menażerii. A nam się oczy śmiać nie przestawały i tacy szczęśliwi najzwyczajniej w świecie się czuliśmy: źrebaczki hasają, słonko świeci za oknem. I jak cudownie czeka się na badanie słuchu, a nie np. na echo serca przed operacją...

Badanie nie odbyło się. Rozdarli się obaj, znów jednomyślnie, a tylko w ciszy jakikolwiek to sens by miało. Po 15 minutach w samochodzie zasnęli. Więc w tył zwrot, telefon, czy można wrócić i spróbować jeszcze raz, bo śpią. Można. Mozolne wnoszenie fotelików wraz z zawartością do gabinetu. Jedno smyrnięcie przy uszkach i już 100% przytomności i 100% wrzasku.

Wracamy w lipcu (ach te terminy na NFZ...). Instrukcje dostaliśmy takie: nie pozowlić spać pół nocy, potem nie pozwolić spać w aucie przez godzinną jazdę, potem obklejamy plasterkami tam gdzie trzeba i dopiero pozwolić spać. Można się wspomóc syropkiem odpowiednim, jeżeli pediatra przepisze.

Mission Impossible.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza