poniedziałek, 16 października 2017

Na wysokości

Oboje z P. uwielbiamy góry. Będąc jeszcze w liceum, dzięki wspaniałej Pani Alicji Szymańskiej schodziłam całe polskie góry wzdłuż i wszerz. Kto zasmakował powolnej, mozolnej wspinaczki, a potem spokojnego wpatrywania się w bezkresną dal na szczycie, ten wie, jakie to uzależniające. Jako para również wybieraliśmy górskie wędrówki zamiast leżenia na plaży. W skromną podróż poślubną pojechaliśmy do Zawoi - wsi, w której zakochałam się wiele lat wcześniej - i wspięliśmy się na Babią Górę. A potem pojawiły się Endorfinki...
Nie zrezygnowaliśmy od razu. Zdarzyła nam się próba desperacka - kilka dni w górach, we wrześniu, z dziewięciomiesięcznym Bazylim i dwuletnim Roszkiem. Ciężkie to były wyprawy - chłopcy wysypiali się w nosidłach ukołysani na szlaku, na szczycie pobudka, karmienie, przewijanie, i znowu drzemka w drodze powrotnej. I kiedy po dojściu do bazy my padaliśmy z nóg, chłopcy byli wypoczęci, wyspani i gotowi do harców. Na długi czas porzuciliśmy góry. Jednak dusze tęskniły za kojącym, hipnotyzującym widokiem pofałdowanej grzywy lasów, którą, patrząc ze szczytu, aż chce się pogłaskać ręką.

Tęskniłam, myślałam, szukałam i.... wykombinowałam!

We wczorajsze, rospieszczająco słoneczne popołudnie zapakowaliśmy Endorfinki do auta i wyruszyliśmy..

Kierunek - Świeradów Zdrój!
Ależ to była przygoda!

































































piątek, 13 października 2017

Kapiszoon!

Roszek mówi - to brzmi dumnie. Roszek wymawia dużo wyrazów - po swojemu, niewyraźnie, w przyspieszonym tempie, bez końcówek lub (co gorsza) bez początków :) Tak sobie chłopak improwizuje.
Nieustannie próbujemy rozwiązać te jego dźwiękowe kalambury. To taka werbalna krzyżówka w której odgadnięte hasło to szeroki uśmiech Roszka. Ale czasami hasło jest nie do odgadnięcia. Poziom master. Poziom hard.

Tym razem wytoczył ciężki kaliber.
- Papisioo...

Hm. Spinamy z P. szare komórki, w prywatnym komputerku pamięci super program pt. "Uwaga! Roszek gada" przeszukuje terabajty danych: słów, dźwięków, skojarzeń.

Papisioo, papisioo...

Niemal słyszę, jak P. napina się żyłka na czole z umysłowego wysiłku. Czuję, jak kropla potu spływa mi po skroni.

Roszek patrzy w kierunku telewizora:
- Papisioo! Papisiooo!

Czy On gada do nas po francusku? Po holendersku? Po irańsku?

- Kapiszon, Roszku? - wypalam z desperacji i braku lepszych pomysłów.

- Kapiszoon! Kapiszoon! - podejmuje, jakbyśmy byli bliżej celu... A tu dalej mgła i nicość. Dalej bezsens istnienia.

Napinam każdy intelektualny mięsień. P. wybałusza źrenice w tym umysłowym StrongManie.

I nagle Roch wydaje z siebie jeden dźwięk. Jak wyciągnięcie pomocnej dłoni. Jak telefon do przyjaciela. Jak raca wypalona na pustyni. Jak błysk latarni...

- Bee! Beee!

.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
- Baranek Shaun!!!!

- BARANEK SHAUN!!!

- B A _ RA_NEK__SHA_UN!

- BARANEKSHAUN!!!!



Padamy wycieńczeni na piasek, w tę oazę, w te wrota raju. Znowu z tarczą! Znowu zwycięzcy!



Do następnego razu.




wtorek, 10 października 2017

Niech żyje bal!

Odkąd zostaliśmy rodzicami Endorfinek, w naszym życiu wydarzyło się i ciągle wydarza wiele niecodziennych zdarzeń. Nigdy nie przypuszczałam, że będę pisała blog, że będziemy jeździć na turnusy terapeutyczne, że nawiążę znajomości z ludźmi z całej Polski (i nie tylko), którzy tak, jak my, mają niepełnosprawne dzieci i pędzą tą wyboistą drogą razem z nami. Nie sądziłam, że będziemy doświadczać takiego wsparcia z wielu stron, takiego odzewu w związku ze zbieraniem 1% podatku, tylu darczyńców i ludzi gotowych zaangażować się w nasze życie. Ale to, co wydarzyło się w poprzedni piątek, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania... Pomoc przyszła z wielką pompą i z takim rozmachem, że do dziś mam zadyszkę na samą myśl...

Zostaliśmy zaproszeni na... bal! 
Bal jak z bajki, najprawdziwszy. CHARYTATYWNY. A raczej bal zorganizowano dla nas i dzielnego Jasia Walosa z Głogowa. Zaskoczenie tym większe, że nigdy do głowy by nam nie przyszło, by szukać takiej formy wsparcia i zazwyczaj odmawialiśmy organizowania zbiórek publicznych na naszych chłopców. Przecież jest tyle dzieci bardziej potrzebujących! A tu bach - propozycja, konsternacja, skrępowanie i... stało się! 

Byliśmy, przeżyliśmy, i będziemy wspominać jeszcze długo. Mimo późnej pory chłopcy zachowywali się wzorowo i prezentowali się szykownie jak nigdy. Rozmach tego przedsięwzięcia, ilość gości i ich hojność przeszły nasze najśmielsze oczekiwania!

Wielkie podziękowania ślemy do Pani Poseł Ewy Drozd!!!
Do wspaniałych Pań z Biura Poselskiego!
Do Pani Poseł Moniki Wielichowskiej!
Dziękujemy wszystkim Gościom i hojnym Darczyńcom IX Balu Charytatywnego w Głogowie!
Dziękujemy za wielkie serca i uśmiech dla naszych dzieci! Za serdeczność, wsparcie, otwartość, hojność! Dziękujemy, że nie pozwalacie nam nieść samotnie trudów naszej drogi! Dziękujemy, że nasze dzieci mają swoje miejsca w Waszych sercach!


Zobaczcie, jak było!!!

Film z TV Master i moja nerwowa paplanina - TUTAJ

Piękne zdjęcia (wybrane) zrobione przez Panią Grażynę Szyszkę z "Tygodnika Głogowskiego":


fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl

fot. Grażyna Szyszka

fot. Grażyna Szyszka - glogow.naszemiasto.pl


I link do rozbudowanej fotorelacji - TUTAJ

I kolejny - TUTAJ

I na koniec - podziękowania:




Uf.

poniedziałek, 2 października 2017

Prawo Murphy'ego

Czy znacie najnowsze prawo Murphy,ego? Nie? Już uprzejmie wyjawiam jego treść: jeśli zmienisz pościel w swoim łóżku na świeżą, to Endorfinki na pewno ją zasikają.

No niestety, sprawdza nam się na dwieście procent. Moglibyśmy nie zmieniać pościeli przez pół roku, a gdy tylko chłopcy wyczują powiew świeżości w małżeńskim łożu rodziców, zaraz znaczą terytorium. Niby nieświadomie, niby przez sen (bo przyłażą Czorty co noc, a raczej Bzyl przychodzi nad ranem, a po Roszka chadzam sama bo chłopina mniej więcej od trzeciej nie śpi, tylko siedzi na łóżku i kontempluje ciemność). Więc ciśniemy się jak sardynki w puszce, by obudzić się w mokrej, jeszcze ciepłej plamie o wiadomych zapachu. I nie pomaga zmiana pieluch w środku nocy.

Tak. Prawo Murphy,ego. Niezawodne.

Nauczyłam się już delektować chwilą - upajać się zapachem świeżo wypranej pościeli, póki czas, póki jej dzieci nie zbezczeszczą. Choć przez tę klątwę zasikanego prześcieradła świeżą pościel mamy codziennie :) Tylko prania jakoś gigantycznie za dużo.

Swoją drogą - rodzice mogliby spisać swoje prawa - nieznające litości, samospełniające się złowrogie zaklęcia. Jest ich sporo. Niestety.

Coś typu: jeśli wracacie samochodem po 18-tej do domu, to dziecko na pewno w nim zaśnie.
Lub: jeśli chcesz sprawdzić, czy dzieci rzeczywiście już śpią (po długim wieczornym rytuale usypiania) i skradasz się cichutko do ich pokoju, to na pewno nadepniesz jakąś bezczelnie głośno grająca zabawkę, która rozryczy się na cały pokój i wybudzi towarzystwo.

Itd. Itp.

Jakieś propozycje?

wtorek, 26 września 2017

Leniwiec Nietuptaj

KLASYFIKACJA:


gatunek: Leniwiec Nietuptaj
rodzaj: Oportunitus Antyspacerus
charakter: ospały, leniwy, uparty 
misja: nie zmęczyć się za bardzo
występowanie: lasy, łąki, szlaki górskie, miejskie chodniki

Jest taki Stworek - w naszym przypadku wygląda słodko - ma niebieskie, skośne oczka i blond czuprynkę. Charakteryzuje się krótkimi nóżkami. Nóżki te szybko się męczą, za pewne są też leniwe. Leniwiec Nietuptaj z reguły ochoczo wyrusza na spacer, by potem, podstępem, w najmniej oczekiwanym momencie przysiąść na dupce i nie ruszyć się już ani na centymetr. Będzie tak siedział/kucał/stał powtarzając zbulwersowanym tonem: juś nie, juś nie, juś nie!.... Nie pomagają prośby, groźby, pozostawienie Nietuptaja samego w lesie na pastwę zwierzyny dzikiej i jeszcze dzikszej przyrody. Jak się Leniwiec zatnie, to nie pomaga nic.

No, jest jedno zaklęcie, które Nietuptaj szepcze w ekstazie z przymkniętymi oczami, wyciągając krótkie ramiona ku górze: Na banana.... Na banana.... Na banana....

Kto się zlituje i weźmie Delikwenta na barana, ten na każdym kolejnym spacerze będzie tego gorzko żałował. 

W naszej rodzinie aktualnie gorzkie żale odprawia P., który od jakiegoś czasu dźwiga Nietuptaja Roszka na swoich ojcowskich barkach. 

Na banana.

wtorek, 19 września 2017

Z dystansu

Dobrze czasem jest się oderwać od ziemi.
Wspiąć się po drewnianej, skrzypiącej drabinie i odwiedzić zakurzone miejsca. 
Dobrze jest uchylić okienko i wpuścić trochę powietrza. 
Wpuścić trochę światła.
Dobrze jest spojrzeć na świat z nowej perspektywy, z dystansu i zobaczyć, jakie malutkie jest wszystko dookoła, jakie zabawne.

I dobrze jest potem wrócić. 
Do siebie.


Niedawną wyprawę Endorfinek na niedostępny im górny stryszek uważam za udaną.








czwartek, 14 września 2017

Drobinka

Myślami wracam nad morze... Był to dla mnie jakiś przełomowy wyjazd. Może dlatego, że tym razem bez P.? Może dlatego, że po dwóch miesiącach z dziećmi w domu byłam już zmęczona i wymięta? A może po prostu nadszedł czas na kolejny remanent, sprzątanie głowy i duszy?

Byłam w kryzysie. Który to już raz oplotła mnie ta czarna smoła złych emocji: lęku, wyrzutów i frustracji? Mieszanka gorzka diabelnie i niestrawna.

Wyjazd nad morze podziałał jak lont, który się we mnie zapalił, prowadząc do wybuchu. Wszędzie dookoła widziałam normalne rodziny, dzieci, które godzinami bawią się na piasku, które bawią się w wodzie, bawią się z rodzicami. Dużo zrelaksowanych, wypoczywających ludzi. Mam jedną znajomą, która nie daje mi zapomnieć, że nie ma grzecznych dzieci i każdy rodzic ma swoje troski i jest zmęczony. Wiem, to prawda. Ale chodzi o inny sposób spędzania wolnego czasu - wspólne puszczanie latawca, budowanie zamku, kąpiele z dmuchanymi zabawkami, wreszcie rozmowy, zabawy, gry. Biegając za Roszkiem po plaży tam i z powrotem (a biegam tak od ośmiu lat) i ciągle pilnując Bazyla, by nie uciekł z plaży dosadnie poczułam BRAK. Brak wielu rzeczy, o jakich marzyłam, na jakie czekałam, jakich chciałam. Widok zdrowych dzieci stawał się bolesny. Tyle lat broniłam się przed tym uczuciem, nie podsycałam w sobie żalu i zazdrości, nie porównywałam. A jednak to przychodzi - jak wezbrana fala - ten ból, tęsknota.

W tym roku na naszym kempingu było wyjątkowo dużo osób niepełnosprawnych, w tym cudowna niemiecka rodzina z dziesięcioletnim chłopcem z zespołem Downa. Byłam zaskoczona, że to własnie z nimi - obcokrajowcami, kalecząc po angielsku najprostsze zdania - z nimi rozumiałam się bez słów i od razu byliśmy sobie niezwykle bliscy. Podobne doświadczenia, ten sam ból i ta sama trudna droga sprawiły, że otworzyłam serce przed obcymi ludźmi i dostałam wiele dobrej energii w zamian.

I to był początek powrotu do siebie.

Unosiły mnie morskie fale i to przynosiło ukojenie - jestem tylko malutką drobinką we wszechświecie - myślałam sobie - więc jak śmiesznie maciupeńkie muszą być moje zmartwienia...

Po powrocie wizyta u psychologa:
- Pani jest przestymulowana. Za dużo Pani myśli, szuka, czyta, analizuje. Proszę odpuścić.

O tak!

Zatrzymałam się.



Odpuszczam sobie. Przebaczam sobie wszystko, za co się obwiniam. Przytulam się sama do siebie. Przytulam swoje dzieci. Przytulam swoje tęsknoty.

Na razie działa :)


wtorek, 5 września 2017

Nowe

Ktoś tu poszedł do Nowego Przedszkola...

Głównemu Bohaterowi tej historii nawet powieka nie drgnęła.
Za to ja trzy noce przed miałam koszmary - że Roszek leży na intensywnej terapii i nie pozwalają mi z Nim być. Znaczenie tych snów jest dla mnie jasne - lęk, ze znowu muszę Go zostawić - w obcym miejscu, z obcymi ludźmi. A przecież mój Synek nie powie mi, jak było, czy Mu się podobało, czy nie. Każda decyzja ma swoją hiperwagę i przygniata mnie swym ciężarem. Czy była słuszna?

Stres.
Kiedyś mnie zabije.

Z dwojga złego to lepiej, ze stresuję się ja, a Roszek - wcale :)