Myślami wracam nad morze... Był to dla mnie jakiś przełomowy wyjazd. Może dlatego, że tym razem bez P.? Może dlatego, że po dwóch miesiącach z dziećmi w domu byłam już zmęczona i wymięta? A może po prostu nadszedł czas na kolejny remanent, sprzątanie głowy i duszy?
Byłam w kryzysie. Który to już raz oplotła mnie ta czarna smoła złych emocji: lęku, wyrzutów i frustracji? Mieszanka gorzka diabelnie i niestrawna.
Wyjazd nad morze podziałał jak lont, który się we mnie zapalił, prowadząc do wybuchu. Wszędzie dookoła widziałam normalne rodziny, dzieci, które godzinami bawią się na piasku, które bawią się w wodzie, bawią się z rodzicami. Dużo zrelaksowanych, wypoczywających ludzi. Mam jedną znajomą, która nie daje mi zapomnieć, że nie ma grzecznych dzieci i każdy rodzic ma swoje troski i jest zmęczony. Wiem, to prawda. Ale chodzi o inny sposób spędzania wolnego czasu - wspólne puszczanie latawca, budowanie zamku, kąpiele z dmuchanymi zabawkami, wreszcie rozmowy, zabawy, gry. Biegając za Roszkiem po plaży tam i z powrotem (a biegam tak od ośmiu lat) i ciągle pilnując Bazyla, by nie uciekł z plaży dosadnie poczułam BRAK. Brak wielu rzeczy, o jakich marzyłam, na jakie czekałam, jakich chciałam. Widok zdrowych dzieci stawał się bolesny. Tyle lat broniłam się przed tym uczuciem, nie podsycałam w sobie żalu i zazdrości, nie porównywałam. A jednak to przychodzi - jak wezbrana fala - ten ból, tęsknota.
W tym roku na naszym kempingu było wyjątkowo dużo osób niepełnosprawnych, w tym cudowna niemiecka rodzina z dziesięcioletnim chłopcem z zespołem Downa. Byłam zaskoczona, że to własnie z nimi - obcokrajowcami, kalecząc po angielsku najprostsze zdania - z nimi rozumiałam się bez słów i od razu byliśmy sobie niezwykle bliscy. Podobne doświadczenia, ten sam ból i ta sama trudna droga sprawiły, że otworzyłam serce przed obcymi ludźmi i dostałam wiele dobrej energii w zamian.
I to był początek powrotu do siebie.
Unosiły mnie morskie fale i to przynosiło ukojenie -
jestem tylko malutką drobinką we wszechświecie - myślałam sobie -
więc jak śmiesznie maciupeńkie muszą być moje zmartwienia...
Po powrocie wizyta u psychologa:
-
Pani jest przestymulowana. Za dużo Pani myśli, szuka, czyta, analizuje. Proszę odpuścić.
O tak!
Zatrzymałam się.
Odpuszczam sobie. Przebaczam sobie wszystko, za co się obwiniam. Przytulam się sama do siebie. Przytulam swoje dzieci. Przytulam swoje tęsknoty.
Na razie działa :)