środa, 7 września 2022

Spokojnie, to tylko spokój

Bywają gorsze dni, tygodnie, miesiące... Bywają i... lepsze!

Pławimy się właśnie w tym dobrym, bezpiecznym czasie, gdy najgorsze zmartwienie to trochę kupy na prześcieradle... I, uprzedzając Wasze myśli, tak - wiem, że jeśli powiedziałam to na głos, a nawet (o zgrozo) napisałam o tym publicznie, to ten czar natychmiast pryśnie. Podobno tak to jest. Ale... mam to w mojej wielkiej dupie. Tyle tu marudziłam, pisałam o trudach, znojach i grudkach piasku pod powiekami, że nie mogę sobie odmówić podzielenia się z Wami radością. SPOKOJEM - towarem wielce w naszym domu deficytowym.

W połowie sierpnia spędziliśmy tydzień nad morzem, z fantastyczną pogodą i jeszcze fantastyczniejszą załogą na pokładzie: Babcia, Dziadek i Ciocia niewątpliwie uratowali te nasze wakacje! Endorfinki się spisały, prawie (!) nie uciekały, i nawet bywało całkiem miło... Zaliczyłam też historyczny moment latami przez mnie wyczekiwany - 20 minut ciągiem przeleżane na plaży. Plackiem! Ach, co to była za rozkosz! Tylko książki brakowało w dłoni, ale na to się jeszcze nie odważę. Za bardzo boli przerywanie lektury co chwilę.

Po powrocie do domu zrobiło się jeszcze fajniej - Bazyli był niesamowicie wyciszony, szczęśliwy. Roszek, przyklejony do tabletu, mało obecny przez to, ale też na swój sposób zadowolony. Nie przywykłam do spokoju. Nie przywykłam do spokojnych dni, bez awantur mych wewnętrznych, bez płaczu, bez rozstroju nerwowego...  Jak tu się odnaleźć? Bałam się tych wakacji, demonizowałam je okrutnie, tymczasem był to całkiem przyjemny, rodzinny czas. Zasługa to największa moich Rodziców Przekochanych, zawłaszcza Mamy, która zawsze nad swoje przyjemności przedkłada to, żeby jej starsze dziecko nie zwariowało i choć trochę zasmakowało szczęścia. Dziękuję Wam, Kochani! Ten spokój to też zasługa leków, które przyjmuję i które rzeczywiście dają większą odporność na stres - nie zaliczam już spektakularnych zjazdów z powodu zasikanej podłogi, tylko co najwyżej wzdycham pod nosem, biorę ścierę i sprzątam.

Codziennie dziękuję sobie samej, że... odpuściłam. Chociaż na czas wakacji. Zbieram teraz soczyste, pyszne owoce tej mądrej decyzji. Podzielę się z Wami tekstem znalezionym gdzieś w odmętach internetu:

 

"Uporczywe wnikanie,

dogłębne analizowanie,

dzielenie włosa na czworo,

to nic innego, jak


krzyk Duszy w obliczu

ciężaru zdarzeń, wyrażonych w pytaniach:


może jednak mam rację?

Może jednak to Bóg się pomylił?


W obliczu tej Większej Siły, 

jej zamysłu i woli,

wystawiamy się w ten sposób 

na jeszcze większe cierpienie.

 

Cierpienie płynące z walki

ponad ludzkie siły.

 

Kwestia czasu, aż nas ta walka

zamieni w popiół, a nawet proch...

 

Co jest rozwiązaniem?

 

Najpierw słowo:

w porządku. 


Potem:

Oddech i cisza.


Później...

homeopatyczne miłość do siebie,

wydzielana kropelka po kropelce

za to, jak idziemy przez ten ciężar.

Aż po wzruszenie...


Na końcu zaś słowa:

Zatem...

pokaż mi teraz jak, Miłości.

Jestem gotowa/gotowy.


/Anna Choińska/

 

Tak, uzdrawiając siebie, uzdrawiam całą naszą rodzinę, a zwłaszcza Bazylka, który właśnie przyeżywa swoje najlepsze od lat tygodnie...

Nieustannie też pozostajemy z P. w zadziwieniu, że zupełnie niepostrzeżenie z naszego życia zniknęły dwaj mali chłopcy, a pojawili się... dwaj młodzi mężczyźni.. I, choć to tak oczywista kolej rzeczy, niezmiernie to nas zaskakuje i... zachwyca. Roszek, jako ten straszy, przoduje w zachowaniach typowych dla nastolatka - mniej czułości, więcej niezależności, mniej rozmów, więcej szklanego ekranu, więcej uporu. Bazyli za to po części nadal pozostaje małym chłopcem, lubi się przytulić podczas oglądania bajki, zasypiać z Mamą lub Tatą, ale mężnieje równie szybko (i roooośnie!). 

Taki to czas spokojny. Aż nie ma o czym pisać na blogu.

Amen.

Łapcie nasz morski spokój, to bałtyckie słoneczko - w tym coraz chłodniejszym wrześniu będzie jak znalazł!

 
 
 
























Brak komentarzy :

Prześlij komentarz