sobota, 24 października 2020

Koronacja

 

Stało się. Tak się baliśmy wirusa, uważaliśmy, nosiliśmy maski, a jednak... 

Dwa dni temu P.  i ja otrzymaliśmy pozytywne wyniki testu na covid. Byliśmy raczej pewni, że to ten podstępny wirus, bo oboje nie czuliśmy smaku ani węchu, a to jest bardzo charakterystyczny objaw...  Na szczęście oboje przechodzimy tę chorobę bardzo łagodnie.. Ale boję się bardzo, kto mógł się od nas zarazić i pozarażać starsze, schorowane osoby... Najprawdopodobniej wirus przyszedł od moich rodziców -  nauczycieli w liceum. Przeczuwaliśmy, że otwarcie szkół przyczyni się do dramatycznego wzrostu zachorowań i tak się stało. Najpierw chorowali seniorzy - moja mama i dziadek P., który z nami mieszka. Mieli ze sobą kontakt bo dziadek naprawiał mamie auto, zresztą ona często nas odwiedza. Mama i dziadek mieli objawy ciężkiej grypy i chorowali 3 tygodnie... Oboje bardzo schudli, nie mieli siły jeść ani ruszać się. I, choć wszystko wskazuje na to, że wirus juz odpuszcza, nadal są bardzo osłabieni. Oboje mieli gorączkę, męczący kaszel, bóle mięśni całego ciała.. Następna w kolejce byłam ja... Pojawiło się lekkie drapanie gardła.. Co roku przechodzę taką infekcję, więc byłam przekonana, że to moje zwyczajowe choróbsko pojawiające się co jesień. Nie miałam gorączki, nie miałam bólu mięśni ani dreszczy. Tylko lekki kaszelek. Po kilku dniach straciłam węch i smak... Tak nagle. I to nas zaalarmowało. Tego samego wieczoru P. poczuł się źle i następne trzy dni przeleżał z objawami silnej grypy (gorączka, bóle mięśni, głowy, kaszel). Oczywiście Endorfinki nie poszły już do szkoły. Przez kilka dni nie mogliśmy dodzwonić się do przychodni. Gdy wreszcie się to udało, dostaliśmy skierowanie na test. To wszystko niestety trwa i wymaz pobrano nam po tygodniu od wystąpienia u mnie pierwszych typowych objawów (utrata smaku i węchu). Moja mama również była testowana i jej wynik wyszedł negatywny. Ale jesteśmy przekonani, że i ona i dziadek chorowali na covid. Bardzo ważne jest, by w dniu pobrania wymazu nie jeść, nie myć zębów, nie płukać gardła. Moja mama o tym nie wiedziała. Druga sprawa to prawidłowe pobranie wymazu - głęboko z gardła (przy migdałkach), a najlepiej jeszcze z nosa (również bardzo głęboko). Mojej mamie pobrano z wnętrza policzka, więc nieprawidłowo. U mnie i P. wynik wyszedł pozytywny.

Co z Endorfinkami, spytacie? W obliczu pandemii to Roszek był naszą największą troską... Jego połatane, poklejone serduszko, jego płucka, które już raz wspomagane były respiratorem, jego geny, inne niż u nas, gorzej znoszące infekcje płuc... Tymczasem u chłopców objawów brak. Nie zauważyliśmy ani cienia gorączki, kaszlu bądź kataru. Biegają sobie jak zawsze, a Roszek tryska dobrym humorem i niespożytą energią. Oczywiście, jest w nas ziarenko strachu, że covid, choć o łagodnym przebiegu, zostawi w naszych ciałach jakieś przykre ślady, coś napsuje, coś osłabi... Za namową lekarza ja i P. nosimy w domu maseczki, żeby jednak dzieci nie wdychały tak dużo tego wirusa, choć obawiam się, że zdecydowanie za późno na to wpadliśmy... Jak izolować się od dzieci, które co noc włażą nam do łóżek, wymagają wsparcia we wszystkich czynnościach, zupełnie nie rozumieją sytuacji zagrożenia i pojęcia epidemii? Staram się być dobrej myśli i projektować tylko optymistyczne scenariusze wydarzeń, a strach zamykam na kluczyk do tajemnego kuferka. Do niczego nam się teraz nie przyda. Czuję też ogromną wdzięczność, że covid potraktował nas tak łagodnie... Nie wszyscy mają tyle szczęścia, nie każdy chory oddycha bez problemu... Wdzięczność to moje ukochane uczucie, więc praktykuję ją teraz ze zdwojoną siłą. Nieoceniony też jest nasz wspaniały wielki ogród - P. i ja mamy nałożoną izolację do 1 listopada, a dzieci, jako nieprzetestowane i bezobjawowe, posiedzą w domu aż do 11 listopada. 

Dopiero całkowita utrata węchu uświadomiła mi, jak ważny to zmysł. Pal licho, że człowiek nie czuje pięknych zapachów, wszystkie przyprawy są zupełnie bez smaku i ciężko ocenić, które ubranie było już długo noszone, a które jest świeżo wyprane (Bazyli namiętnie mi te ubrania ze sobą miesza). Ale węch w wielu przypadkach nas po prostu ostrzega przed niebezpieczeństwem - przed ulatniającym się gazem, przed zepsutym jajem w jajecznicy, przed nieświeżym jedzeniem, przed zatrutym powietrzem... Dziwny jest świat bez zapachu, i taki bardziej najeżony, niebezpieczny, a jednocześnie bardzo bezbarwny. Jeśli chodzi o smak to w najbardziej nasilonym stadium tych zaburzeń czułam tylko czy coś jest słone, słodkie, gorzkie lub kwaśne. Ząbek czosnku mogłam gryźć jak cukierek i tylko czułam pieczenie w język, ale charakterystycznego smaku czosnku nie czułam. Gryząc plasterek cytryny czułam, że to jest kwaśne, ale nie umiałabym rozróżnić, czy gryzę cytrynę, czy kiszoną kapustę... Życie bez smaku jest smutne, ale życie bez węchu jest groźne! Jedynym wielkim plusem jest to, że odpoczywamy sobie od smrodów kup naszych dzieci... Mogłabym pomylić kupę z czekoladą... :D

Co dalej? Pozostaje nam czekać, zdrowieć i nabierać sił. Objawy ustępują, zaczynam czuć silniejsze zapachy, P. czuje jeszcze więcej. Pozostał nam lekki kaszel, czasem ból głowy... Drżę o chłopców, ale wierzę, że wyjdą z tego bez szwanku. Bardzo chciałabym, abyśmy oddali osocze jako ozdrowieńcy, ale nie wiem, czy będzie to możliwe ze względów medycznych. Kobiety, które były w ciąży, nie powinny być dawcami, ale wiem, że w niektórych miejscach robi się im badania genetyczne i niektóre mogą. Na pewno się zgłosimy tam gdzie trzeba. Skoro mieliśmy na tyle szczęścia przechorowywać covid łagodnie, trzeba się tym szczęściem podzielić z bardziej potrzebującymi. Wyślijcie troszkę dobrej energii do nas, ale najwięcej do tych, którzy walczą z tym podstępnym wirusem na oddziałach intensywnej terapii. To jest naprawdę groźny wirus. Młodym zabiera oddech, starszych rozjeżdża jak walec. Nam niestety nie udało się nikogo nie zarazić... Chorują już osoby z pracy P., wirus jest też w szkole Endorfinek :( Nie dowiemy się już pewnie, jaka była jego droga, skąd przyszedł i kto kogo zaraził, ale to tylko pokazuje, jak groźny jest. Można zarażać nie mając objawów (dzieci w szkołach!!), pierwsze symptomy są bardzo trudne do rozpoznania (moją mamę leczono na zapalenie krtani).

Także takie wieści mamy dla Was z pierwszej lini frontu... Choć nie, to nie jest pierwsza linia. I bardzo, bardzo jestem za to wdzięczna.



poniedziałek, 5 października 2020

Próba generalna



Fotografia: Piotr Gajek


Wiele lat temu dość intensywnie śpiewałam w lokalnym chórze gospel. To było moje wielkie marzenie, już od czasów liceum. Próby odbywały się dwa razy w tygodniu, koncertów również nie brakowało. Kochałam to. Rozwijałam się. Potrzebowałam tej radosnej energii płynącej z muzyki gospel i z cudownych ludzi, z którymi śpiewałam. Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, zrobiłam sobie którą przerwę. Studiowałam w innym mieście, dojeżdżałam codziennie na uczelnię, nie chciałam się przemęczyć by nie zaszkodzić dziecku... Ale w głowie juz radośnie wizualizowałam sobie, jak to śpiewam na scenie z chórem, a koło mojej nogi pląsa uroczy dwulatek - mój synek. Od zawsze wiedziałam, że nasze dzieci będą wzrastać wsród muzyki, grać, śpiewać, a może i występować. Że wyssają to z moim mlekiem... A potem, nagle, w połowie ciąży, rozwiązał się przepastny worek z diagnozami naszego nienarodzonego jeszcze Roszka i na chór już nie wróciłam... Na wiele, wiele lat. Przestałam pisać piosenki. Śpiewałam już tylko kołysanki. Na gitarze i pianinie grałam tylko proste, dziecięce piosenki... Byłam MATKĄ. Wszechmatką. Odwiesiłam muzyczne marzenia na kołku. 

I gdy, wydawać by się mogło, pogrzebałam swoje twórcze zapędy, pojawiliście się... Wy.. Nasi przyjaciele, czytelnicy, fani, cisi wspieracze naszego endorfinkowego zmagania się z przeciwnościami. To dzięki Wam wróciliśmy do muzyki - wzruszeni dużym wsparciem w ramach 1% podatku poczuliśmy, że chcemy podziękować Wam z przytupem, z głębi serc. A jak? Najlepiej jak potrafimy, czyli muzycznie... Tak powstała nasza pierwsza dziękczynna piosenka, lata temu... I, choć były to bardziej wygłupy niż poważne muzykowanie, obudziła się we mnie ta dawna, uśpiona tęsknota, by tworzyć, nagrywać, koncertować... Czasem człowiek musi, inaczej się udusi. Powróciliśmy do grania z powodu przeogromnej wdzięczności... I głęboko wierzę, że taka piękna emocja dająca źródło naszym działaniom przyniesie piękne owoce. Już przynosi... 

A gdzie w tym wszystkim są nasze Endorfinki? Pogodziłam się już z tym, że raczej nie będą grać na żadnym instrumencie (nie ciągnie ich to zupełnie). Śpiewanie Roszkowi idzie coraz lepiej, co raduje moje rozśpiewane serce, ale wiem, że osoby z zespołem Downa zazwyczaj nie potrafią czysto śpiewać, więc i tu trzeba było marzeniom odpuścić. W muzyce najpiękniejsze jest jednak to, że jest dostępna każdemu - i tym muzykalnym, i tym mniej, a nawet osobom niesłyszącym (czują wibracje dźwięku!!). Czyż to nie jest wspaniałe i uwalniające? Roszek kocha muzykę, cały nią jest. Zna wszystkie nasze piosenki, śpiewa je na wyrywki i jest największym fanem twórczości swoich rodziców. Bazyli, z racji męczliwości słuchowej, nie bardzo lubi, gdy gramy w domu, i to znacznie komplikuje nam jakiekolwiek muzyczne poważne działania. On też lubi muzykę na swój sposób, wiem to, bo czasem z nieukrywaną przyjemnością jej słucha. Ale łatwo może się nią zmęczyć.

Jak tu zatem grać próby, w większym składzie, z nagłośnieniem, na dużych scenach? Marzyło mi się, że nasze dzieci będą brały w tym udział, będą biegały po scenie, siedziały na widowni, wsiąkały naturalnie w atmosferę koncertowania. Na razie nie bardzo jest to możliwe. Na pewno nie z Bazem. Bo gdy Roszek grzecznie słucha i kiwa się do rytmu, Baz zatyka uszy, ucieka i...wokalizuje... Głośno... Jedyną opcja są moi rodzice, którzy na czas koncertów i prób zajmą się chłopcami... Mam też swoje sposoby, żeby i oni i chłopcy mieli szansę doświadczyć tego, co wydarzy się na scenie. Próby generalne! Tym oto sposobem Endorfinki wraz z Babcią i Dziadkiem odwiedziły rodziców na próbie generalnej przed piątkowym koncertem. I Bazyli... Zaskoczył wszystkich! Zobaczcie, co tam się działo... :) Biedny Dziadek, nabiegał się, napocił, ale ta radość bazylkowa wynagrodziła mu to po stokroć. A w mojej zlepionej duszy pojawił się promyczek nadziei - może jeszcze kiedyś spełni się mój sen o wspólnym muzykowaniu, koncertowaniu i cieszeniu się darem, jakim jest muzyka...


[UWAGA - widzę, że jeśli ktoś przegląda nasz blog na telefonie, to nie wyświetlają się filmiki :( Wklejam więc tutaj link do filmu dla tych, którym on się nie wyświetla: 
https://www.youtube.com/watch?v=8kNZjIeezi4

Pierwszy pełnowymiarowy koncert Membrany za nami. Jestem przeszczęśliwa, że w moim matczynym życiu wydarza się tyle niezwykłych, pozamatczynych rzeczy... Kiedyś psycholog zachęcił, by zadać obie pytanie: Ile jest we mnie matki? Ile żony? Ile kobiety? A ile człowieka? Dało mi to bardzo do myślenia i z radością mogę stwierdzić, że proporcje są dość wyrównanej :)

niedziela, 20 września 2020

Szczęście



Przyszło po cichu, przycupnęło w kącie naszego domu... Niezauważone przez nikogo, rozgościło się troszkę, mam nadzieje, że zostanie na dłużej... Strach pisać talkie słowa, bo się zapeszy... Ale obiecałam sobie, że będę z Wami uczciwa i tak samo jak smutkami, podzielę się... szczęściem...

Nie, nie wydarzyło się za wiele. Endorfinki wróciły do szkoły, więc odzyskałam jakąś część swojego niematczynego życia. Oboje z P. wzięliśmy się za swoje chore głowy. Każde z nas walczyło ze swoimi demonami smutku, strachu i zagubienia. Każde z nas musi tę walkę stoczyć samodzielnie, ale nie samotnie. Więc walczymy. Każde z nas inaczej, innymi drogami, ale postępy są.. Życie zaczyna nabierać barw i smaków. Nadal raz w miesiącu muszę się wypłakać, porozpaczać nad tym wszystkim, co przeszkadza moim dzieciom, ale już wiem, że to jest potrzebne i nie duszę tego w sobie. Nadal jest ciężko, majtki zasikane, łóżka też, nadal bałagan w głowie i w mieszkaniu. Nadal obwiniam się za wiele i nadal widzę, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia. Ale jest lżej. Jest jaśniej.

Nie wiem, jak długo potrwa ten stan, ale postanowiłam się nim rozkoszować do upadłego.

Wysyłam Wam troszkę tych naszych uśmiechów. Oby zostały z nami jak najdłużej...












I pochwalę się nieskromnie - my, rodzice Endorfinkowi, zagramy za kilka dni pierwszy w życiu samodzielny koncert! Od razu z przytupem, bo zwykły koncert to na pewno nie będzie... :)

Zostawiam Wam tu zapowiedź koncertu i nasz ostatni utwór.

Miłego odbioru, i, być może, do zobaczenia!

Najnowszy teledysk:



Zapowiedź koncertu:








niedziela, 30 sierpnia 2020

Rytuał

Roszek, choć przypomina Misia O Małym Rozumku, swój rozum ma. Pamięć ma niezwykle wybiórczą: pamięta dawno-nie-słyszane piosenki, dawno-nie-widziane bajki, dawno-nie-czytane książeczki, dawno- nie-wyciągane -zabawki. To, co złe, zapomina natychmiast - strach przy podbieraniu krwi, wściekłość i bunt przy strzyżeniu włosów na głowie, wreszcie wielką traumę pooperacyjną.. Roszek wywala te złe mary z głowy zanim zdążą się w niej zadomowić, uwić sobie wygodne gniazdko, zanim zdążą zaznaczyć teren swoją wonią... Bęc i już, po kłopocie. Chłopak znowu ma świadomość niewinną i czystą jak białe prześcieradło wyprane w Acze i nie pamięta, że życie to nie tylko śmiech, ale też i pot, i łzy. I oby tak było zawsze, Roszku. To twoja super moc, Twój talizman, który obroni Cię przez wszystkimi trudami życia...

Ma Roszek jednak w swojej głowie dziwne zakamarki, schematy osobliwego planu, gdzie niby logiki brak, i nie bardzo wiadomo, po co i dlaczego, a jednak trzyma się Roszek tych utartych ścieżek z bezwzględną konsekwencją... Jedną z takich (w naszym mniemaniu) zaskakujących reguł w roszkowym porządku świata jest przymus... powrotu znad wody... tyłem. Zaczęło się niewinnie, wiele lat temu nad morzem. A że co roku jeździmy w to samo miejsce i z plaży do domku mamy trzy minuty piechotą, Roszek co roku utwierdzał się w swojej tradycji, że do Morza nie wypada odwracać się tyłem i należy żegnać się twarzą do niego. I tak sobie wracał tyłem z plaży, za każdym razem, co roku. Potem zaczął wracać tyłem z pływalni, z basenu na turnusie. Przy czym na pływalniach krytych tyłem należy iść aż woda w basenie zniknie nam z oczu i w przebieralni można już iść normalnie. Ale Morze to jest Morze. To Majestat. Tam trzeba tyłem iść od piasku na plaży aż pod sam domek! 

Tłumaczę to sobie, że Roszek tak lubi morze (a ono lubi jego), że żal im się rozstawać i tak sobie gawędzą na odchodne... I zazdroszczę mu konsekwencji działania i odwagi życia po swojemu. Mniejsza z tym, że cała rodzinka wracała do domku w pięć minut, a ja wlekłam się za Roszkiem minut dwadzieścia. Mniejsza z tym, ze co rusz Roszek wpada na innych ludzi, w dziury na ścieżce, potyka się o korzenie... Pogodziłam się z tą jego rutyną, bo jest to jednak rozczulające... A w tym roku, by urozmaicić sobie te powolne powroty, nagrałam dla Was film!  Powiedzcie sami, czyż On nie jest uroczy?!?! Roszek, oczywiście, nie film. :D



[UWAGA, okazuje się, że filmiki dodawane z YouTube nie wyświetlają się na blogu, jeśli ktoś przegląda go w telefonie, dlatego podajemy tu link do filmu:
https://www.youtube.com/watch?v=xjPg8xR8Y1A]




piątek, 21 sierpnia 2020

M.O.R.Z.E. czyli Majestatyczny Obłęd Rozentuzjazmowanej Załogi Endorfinek

                                 

Nie wytrzymaliśmy. Po pięciu (w porywach do sześciu) miesiącach siedzenia w domu (a głównie w ogródku), po odżałowaniu corocznego turnusu, na który nie pojechaliśmy, pękliśmy wreszcie i wyjechaliśmy... nad morze. Jak co roku. Znaliśmy miejsce (kemping w lesie), wiedzieliśmy, jak unikać tam tłumu, więc nie wytrzymaliśmy i pojechaliśmy... Oj, jaka to była dobra decyzja. Bałam się okropnie, że Baz nie da rady ze swoją męczliwością słuchową, że go to przerośnie i umęczy, a nas przy okazji.. Ale po pierwszych godzinach, w których musiał się oswoić, na jego twarzy przez większość czasu widniał szeroki uśmiech... A Roszek.. On morze kocha niezmiennie od lat. Jak zawsze, towarzyszyła nam straż przyboczna, w postaci Babci, Dziadka i Cioci. I, jak zawsze, z nimi było o niebo, niebo lepiej :D 

Takie nasze małe, morskie szaleństwo w tym pandemicznym czasie... Czasami człowiek musi, inaczej się udusi...