sobota, 15 grudnia 2018

Luli laj


Trzeci dzień kisimy się wszyscy razem w domu. Stan dziwny, stan wyjątkowy. W moich tęsknotach często widzę nas jako rodzinkę, w domku, razem, oglądamy filmy, gramy w planszówki, muzykujemy... Jest miło, rodzinnie, jak z reklamy margaryny przed świętami.
Zmusiła nas do tej "sielanki" sytuacja bardzo rodzinna i zacieśniająca więzi rodzinne jaką jest... grypa żołądkowa, zwana potocznie jelitówką... Jak to potrafi magicznie zbliżyć do siebie domowników - gdy cała, czteroosobowa rodzina tłoczy się w jednej małej łazience! Oszczędzę Wam szczegółów. Nie było tak źle ponieważ tym razem łaskawie chorowanie rozłożyło się "na raty" - imprezę tradycyjnie zainicjował Roszek, po dwóch dniach dopadło mnie i P., a całą farsę zakończył Bazyli, który jako jedyny z rodziny chlustał nie tylko dołem, ale i górą :(

Przetrwaliśmy. Liżemy rany.

O ile Roś w każdych warunkach jest rozkosznie bezproblemowy i szczęśliwy z byle powodu, o tyle Baz daje nam się niezmiennie we znaki. Czasem myślę, że on na jakiś tajnych kompletach studiuje aktorstwo, tak potrafi dramatyzować i spazmować. Osiągnął w tym zawodostwo godne brazylijskich telenoweli. Niestety nie zawsze udaje nam się zachować stoicki spokój. I wióry lecą :(

Wczoraj z nudów ubraliśmy naszą małą choineczkę. Roszek był zachwycony. Teraz obie Endorfinki przysuwają sobie krzesełko do szafki, na której choinka stanęła, wdrapują się na nie i wpatrują jak zaczarowane w spektakl światełek i drewnianych figurek, które służą nam za bombki.



Dziś rano spadł śnieg.

I taki magiczny dialog miał miejsce między mną a Roszkiem:
- Roszku, zobacz, śnieg!
- Śnieg pada. (zdanie, całe zdanie!!!)
- I choinka ubrana,
- Choinka!
- Roszku, to znaczy że niedługo będą święta!

Zamyślił się i powiedział:
- Luli laj....

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Pępek


Nie jest dobrze. Bazyli zamienił się w ogra i całymi dniami wydaje z siebie niezwykle drażniący jęk. Nie, nie cierpi katuszy. Robi to od niechcenia, z nudów, z braku zainteresowania z naszej strony. Rzęzi całymi dniami, żeby coś się działo, żebyśmy zauważyli Go wreszcie, ustanowili pępkiem naszego mikroświata. Roszek ucieka - w muzykę, w bajki, w dźwięki - tam, gdzie bezpiecznie. Tam, gdzie da się zagłuszyć wszędzie jęczącego brata i nasze poirytowane krzyki. Noce należą do Rosia, dni do Bazylka. Ale zawsze, i dniem i nocą, jest ciężko.

Baz rośnie na aktora - jest mistrzem dramatu i małych form jednego aktora. Odgrywa przed nami rozpacze, rozdarcia i cierpienia przeszywające do szpiku kości. Widownia, czyli my, najchętniej odwróciła by wzrok od tego spektaklu drastycznego, odwróciłaby uszy i wszystkie zmysły, by nie zwariować. Ale aktora i widownię łączy niewidzialna pępowina i jesteśmy przyspawani do siebie dożywotnio. A i po śmierci nasze duchy będą straszyć się nawzajem. Czarno to widzę.

Ciężkie to dni, które po raz kolejny trzepią mnie po mordzie i przypominają, gdzie moje miejsce we wszechświecie. Pokornieję, przełykając łzy. Wracam do swojego szarego kąta. Tam, skąd czasem odważam się wypełznąć.

Przyszły ostatnie wyniki badań, które wysyłaliśmy w wielu kierunkach, by odczytać skomplikowaną mapę endorfinkowych supełków. Bazyli jest w remisji. Roszek ma...przewlekłą boreliozę.
Wyżalę się Wam w następnym wpisie bo na razie najchętniej poszłabym coś rozwalić. Coś dużego i ciężkiego.

:(