piątek, 10 lipca 2020

Kudłaty



 
Kiedy w latach młodości wyobrażałam sobie swoją przyszłość, zawsze widziałam się otoczona gromadką dzieci i... zwierząt. Mam wpisane w kod genetyczny jakąś wielką wrażliwość na zwierzęta, od zawsze mnie fascynowały i dopełniały mój prywatny świat. Gdybym miała zdrowe dzieci i swój własny dom, na pewno byłoby w nim pełno zwierzów. 
Marzyłam, że moi chłopcy również odkryją, jakim wielkim darem jest przyjaźń ze zwierzęciem. Że pokochają swojego psa/kota/królika. Naczytałam się opowieści, naoglądałam filmów, jak to łagodna obecność zwierzęcia w domu przemienia dzieci, zwłaszcza te z autyzmem, jak to zaczynają mówić, komunikować się, jak to zyskują przewodnika po tym trudnym dla nich, nieprzewidywalnym świecie. Moja wyobraźnia rozjarzyła się niczym rozgrzany metal - ale może być pięknie! Pojawi się wielki, kudłaty psi Przyjaciel i Endorfinki ruszą z kopyta. Pokochają go miłością niezwykłą, taką, co się tylko w filmach zdarza, a my, rodzice, będziemy przyglądać się tej przyjaźni, nie kryjąc łez wzruszenia, jakbyśmy na żywo oglądali serial "Lassie, wróć".

Oj, ile razy ja jeszcze dam się nabrać na te niestworzone historie, jakie plecie mój obłąkany, łaknący idealnych historii mózg? Może tyle rzeczy w życiu nas zaskoczyło i nie wyszło, tak jak chciałam, że jakaś część mnie wyspecjalizowała się w snuciu banalnych, kojących opowieści, które i tak potem nigdy się nie ziszczają?

W każdym bądź razie - sześć lat temu - w naszej rodzinie pojawił się On. Abi, Abisiuniu, owczarek szkocki Collie. Moje pierwsze w życiu rasowe zwierzę. Marzyłam o kundelku ze schroniska, ale przeważył lęk. Chcieliśmy mieć jak największą pewność, że pies będzie łagodny, mądry, spokojny, czujny. Że będzie mądrzejszy od naszych dzieci. Bo im ciężko pewne rzeczy wytłumaczyć i przewidzieć, jak się zachowają. Sześć lat temu przywiozłam więc z bardzo daleka małą, puchatą kulkę. Przez pierwsze dni chłopcy zupełnie go ignorowali. Musiałam uważać, żeby po nim nie deptali, gdy słodko spał na podłodze (bo Abi to pies, który nigdy nie śpi na posłaniu, tylko na środku pokoju). Miesiące mijały, pies rósł, ja rozkoszowałam się towarzystwem puchatej, czarującej istoty, a Endorfinki... Nic. Jakby go nie było. Może Bazyli więcej uwagi zwracał na nowego członka rodziny, ale do relacji było jeszcze bardzo daleko. I, muszę przyznać ze smutkiem, nadal jej nie ma. Abi dorósł, stał się dużym, trochę zeschizowanym psem. Nie lubi być czesany, co przy jego kudełkach jest dość problematyczne. Nie lubie, gdy ktoś za blisko niego postawi stopę, a już, nie daj Boże, przydepnie wtedy choć jeden z jego długich włosów. Lubi wtedy kłapać zębami. Nie jest ufny do obcych, i tak samo potrafi ich nastraszyć kłapnięciem, gdy zbyt szybko zanurza ufnie ręce w jego puchatej sierści. Ja wiedziałam, że w naszym zwariowanym domu pies tez ulegnie wariactwu :) Wszystko dodatkowo komplikuje fakt, że Abi, jak to pies, czasem lubi sobie zaszczekać będąc na dworze. Sąsiad za płotem ma 10 kotów, więc jest na kogo szczekać. A Bazyli szczekania od jakiegoś czasu nie może znieść, zatyka uszy, kuli się, denerwuje. Biegam nerwowo od okna do okna, zamykam, wyciszam, jak się da. Taki Cross Straceńców.

Od jakiegoś czasu Rosiu uświadomił sobie, że w domu jest pies. Lepiej późno, niż wcale. Woła ciagle z wielką czułością: Abi, Abisiu, Abisiuniu... Próbuje głaskać. Wiem, że na zrodzenie się czułej relacji między tymi dwojga jest zwyczajnie za późno, tym bardziej, że Roszek zazwyczaj wymachuje wielkim gumowym wężem, co na Abisia działa dość stresująco... Ale cieszę się chociaż z tego późnego przebudzenia... Na pewno Abi budzi w Roszku jakąś niezwykłą czułość. Obecność zwierza w domu zawsze jakoś dopełnia świat. 

Od wielu lat uczę się trudnej sztuki porzucania własnych oczekiwań. Boże, jakie to jest trudne!
Abi. Takie nasze kudłate szczęście, podszyte nie tylko trudnym do usunięcia podszerstkiem, ale też swoją indywidualną drażliwością i odchyłami. Jak każdy z nas :)


Ot, życie.







sobota, 27 czerwca 2020

WA-KA-CJE!




Wakacje! Czym tu się cieszyć, skoro od połowy lutego siedzę z dziećmi w domu... Jakoś Endorfinki mają wybitnego pecha jeśli chodzi o naukę w szkole. Pierwszy rok tej przygody rozpoczęli z miesięcznym opóźnieniem, w salce parafialnej. I, choć przez cały rok jeździli na zajęcia lekcyjne, to oficjalnie byli w edukacji domowej, a świadectwo otrzymali z jeszcze innej placówki, która zgodziła się nas przyjąć pod swoje skrzydła... W tym roku nasza szkoła ruszyła oficjalnie i mieliśmy nadzieję na klasyczne dwa semestry. A tu bęc!
W normalnej rzeczywistości pakowalibyśmy się na nasz ukochany turnus, który zaczyna się jutro. W tym roku tam nie pojedziemy. Ominie nas wiele innych atrakcji i stałych punktów wakacyjnego programu... Wspólna droga z moimi dziećmi nauczyła mnie jednak, że "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Postanowiliśmy na czas kwarantanny zająć się domem, ogrodem, zapewnić Endorfinkom jakieś ciekawe atrakcje na ich własnym podwórku. Jesteśmy przygotowani na lato i mam nadzieję, że przetrwamy je w jako takim zdrowiu psychicznym i fizycznym.
Na te kilka ostatnich miesięcy odpuściłam zupełnie sprawy zdrowotne typu badania kontrolne. Teraz, pomału, odmrażam różne wątki, które snuły się przed pandemią i czekały na swój finisz. Pod koniec lipca Bazyli będzie miał badanie przetwarzania słuchowego. Nareszcie dotarłam do bardzo dobrej specjalistki, która ma ogromną wiedzę i doświadczenie i wiem, że będziemy w najlepszych rękach! Jak zwykle, wiążę wielkie nadzieje z kolejną terapią i możliwości pomocy Bazylemu w byciu ciut szczęśliwszym i spokojniejszym... Być może sromotnie się zawiodę. Nie pierwszy i nie ostatni raz... Ale, podobno, dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą...
Z badaniem roszkowego serduszka jeszcze zaczekamy, bo chłopak wszystko bierze do buzi i jest najbardziej narażony na ewentualne covidowe powikłania, a dopóki biega po leśnych górkach tak, że ledwo możemy za nim nadążyć - jest dobrze.
Bez żalu porzucam też zdalne nauczanie - choć szło nam nieźle, to jednak wiem, że o wiele więcej chłopcy nauczyliby się w szkole, ze swoimi wspaniałymi Paniami, wśród rówieśników i w szkolnej, a nie domowej przestrzeni. Pocieszam się, że my i nasze dzieci będziemy się uczyć przez całe ich życie, a nie czekają nas żadne egzaminy, matury, sprawdziany. To taki przywilej niedomagania intelektu - człowiek bywa prawdziwie wolnym ( w pewnych obszarach) :)

Lato, przybywaj. Jesteśmy gotowi!



piątek, 12 czerwca 2020

11



Trzy dni temu Roszek zrobił wszystkim psikusa i skończył 11 lat. Jedenaście!!! Tym oto sposobem mamy w domu nastolatka, choć główny zainteresowany uparcie się denerwuje, gdy powtarzam mu, że ma już 11 lat. Kiedyś wbiliśmy mu do głowy, że ma 6 i od tej pory ciężko to w roszkowej głowie odkręcić. 
Impreza odbyła się na raty i tylko w gronie najbliższej rodziny. Szanowny Jubilat otrzymał słuchawki bezprzewodowe, w których rzeczywiście wygląda poważnie) i grającego misia dla niemowlaków (podobnie jak rok temu). Tak to już jest, że element baśniowy (czyli bobasowy) będzie Roszkowi towarzyszył już zawsze. 

Kochamy tego Gościa miłością nieziemską. On o tym wie i wykorzystuje nasze miękkie serca na swój sprytny, rozczulający sposób. Po urodzinkach nie spał do pierwszej w nocy. Wstał rano o szóstej. Pobrykał do wieczora.

Nadal nie mam pewności, czy Roszek rozumie pojęcie URODZINY. Na pewno za to rozumie słowa: PREZENT i CIASTO CZEKOLADOWE.

I wszystko gra :)







czwartek, 4 czerwca 2020

Nuda


Trwamy. Przy biurku odrabiając lekcje. Przy stole pałaszując pyszności (Bazyli!). W łóżkach - śpiąc w przeróżnych konfiguracjach. Bazylemu zdarzyło się już trzy razy zbudzić o 23 i nie spać do rana, a potem przez cały dzień funkcjonować, jak gdyby nigdy nic. Tak mu dokucza alergia wziewna na pyłki, pomimo brania leku przeciwhistaminowego. Takie wiosenne gratisy. Ale nie będę narzekać. W czasie tej naszej (dobrowolnej już) kwarantanny najbardziej trwamy jednak w... ogrodzie. Pogoda, choć momentami deszczowa, wydaje się dla nas idealna... Bujamy się w hamaku, na huśtawce, wspinamy na drabinki, siedzimy w namiocie. Ten ogród ratuje moją duszę przed mrokami szaleństwa. I wiem, że Endorfinkom również pomaga przetrwać ten czas izolacji. Bo my nie luzujemy, nosimy maseczki, unikamy ludzi, nie przyjmujemy gości poza najbliższą rodziną. Odwołaliśmy też wyjazd na turnus rehabilitacyjny - nasze wielkie, coroczne święto, na które wielką radością jeździmy od 6 lat. Serce boli, ale tak trzeba. Wiem to.

Przy śniadaniu pytam Roszka:
- Chcesz kanapkę z serem czy z dżemem?
A Roch na to:
- Wszego świata Odkupiciel!

Nawet przyziemnym czynnościom nadaje głęboki, duchowy wymiar :)

Babcia nasza kochana w naszej skarpetkowej szufladzie, na samym jej dnie odkryła zapleśniałą skórkę banana, troskliwie przykrytą bielizną. Bazyli coraz cześciej zostawia nam takie niespodziewanki - pilot od telewizora w bębnie pralki, kabanos między książkami na półce, ładowarka do telefonu w koszu na śmieci...

Nuda? Nie znam tego stanu. Marzę o niej. Ale...

Pokochałam tę izolację. Miłość to trudna, bolesna, a jednak piękna. Z perspektywy tych trzech miesięcy widzę, jak bardzo byłam zmęczona i jak bardzo mi dobrze bez tego codziennego pędu, tłumu ludzi wokół. W ogrodzie rozśpiewanym ptasimi trelami. Z zielenią zaglądającą do domu z każdej strony.

Dotrwamy tak do września. Oby.












sobota, 23 maja 2020

Domowe Przedszkole (tfu, Szkoła!)


Za nami 8 tygodni nauki w domu. Zdalną jej nie nazwę, bo praca przez komputer z dziećmi takimi jak moje po prostu mija się z celem. Nie jest możliwa. Dzieci ze specjalnymi potrzebami, przynajmniej te niżej funkcjonujące, potrzebują kontaktu z nauczycielem, dotyku, byciu RAZEM tu i teraz, inaczej nie potrafią się skupić, wyselekcjonować z tej chmary bodźców tych kluczowych, potrzebnych do owocnej nauki. W naszym przypadku jasne więc było, że to rodzic przejmie rolę nauczyciela. I tak się stało. Panie codziennie wrzucają nam na klasowy dysk zadania do wykonania, wskazówki i pomoce dydaktyczne, a resztę musimy zrobić sami. Nauczyciele pomagają jak mogą, zawsze są dostępni, doradzają przez telefon, komentują nadesłane filmiki i bardzo im za to dziękuję. Człowiek nie błądzi jak dziecko we mgle. Ale i tak lekko nie jest...
Endorfinki są dwie, i, chociaż każda w pierwszej klasie, to jednak w dwóch różnych, o rożnym poziomie trudności i zaawansowania. Tak więc lekcje robię dwa razy - najpierw z Roszkiem, potem z Bazem. Bazyli jest posłuszniejszy, jak już siada do zadań, to pracuje, choć często zdarzają nam się humory, furie i bunty. Ciężko mu się skupić, zrozumieć polecenia. Dużo też w tym mojej winy, bo za szybko, za dużo mówię, a choć się staram pilnować, ciężko pohamować naturalną gadatliwość nadmierną. Roszek nauce od zawsze jest niechętny, więc muszę się nagimnastykować, żeby ogóle usiadł do stolika. A potem to jest ciągłe SZOŁ - wszystko skojarzyć z piosenką, wierszykiem, bajką, żeby gościu usiedział i choć spojrzeć raczył. Nie jest łatwo zrobić z Endorfinkami cokolwiek, bo nadal prawidłowe trzymanie kredki w ręku jest za trudne, a wycinanie nożyczkami to już jakiś hardcore (szczególnie u Roszka). Jak rysować szlaczki z delikwentem, który patrzy wszędzie tylko nie na kartkę (Roch)? Jak pracować z dzieckiem, które na każde szczeknięcie psa za oknem dostaje szału i zatyka uszy, mimo zamkniętych, szczelnych okien (Baz)? Jest ciężko, czasem bardzo. Dla maksymalnego skupienia gasimy w pokoju światło, spuszczamy rolety i pracujemy w ciemnym pokoju przy punktowej lampce przy biurku. Wtedy chłopcy skupiają się tylko na tym, co mają przed oczami. Bazyli jest praworęczny, więc siadam po jego prawej stronie, a Roszek leworęczny - więc siadam po jego lewej.

Ale żeby nie było tak ciężko tylko - teraz, w czasie pandemii i nauki w domu, procentują te wszystkie lata terapii i współpracy z wieloma terapeutami, zwłaszcza z tymi ze Stowarzyszenia Dalej Razem. Na samym początku drogi, gdy Baz miał trzy latka a ja woziłam go dwa razy w tygodniu do Zielonej Góry na terapię (60 km w jedną stronę) mogłam obserwować przez weneckie lustro, jak terapeuta z nim pracuje. Wszyscy terapeuci ze stowarzyszenia kładli duży nacisk na to, by rodzic pracował w domu z dzieckiem: pokazywali, jak to robić, kazali nagrywać filmiki, wyłapywali błędy, chwalili, poprawiali. Człowiek się w środku buntował, ale zaciskał zęby, bo przecież chodzi o dobro dzieci. Choć serce krzyczało - CHCĘ BYĆ ICH MAMĄ, NIE TERAPEUTKĄ! A jednak nauczono mnie tak wiele! I chłopcy i ja byliśmy przyzwyczajeni do solidnej, domowej pracy przy stoliku i teraz weszliśmy wszyscy troje w nauczanie domowe jak w masło. Kto jest z nami od początku wie, że mieliśmy w domu specjalne pomieszczenie do terapii (link do zdjęć TUTAJ). Przez lata zgromadziłam tam tyle pomocy terapeutycznych, że starczyłoby spokojnie na wyposażenie niezłego gabinetu. Sporo już rozdałam. Jakiś czas temu dotarło do mnie, że chłopcy są coraz wyżsi (nasz stryszek terapeutyczny ma bardzo skośny, niski dach) i że coraz mniej czasu tam spędzamy. Zaczęłam znosić wszystko do ich pokoju, przemeblowywać, od nowa urządzać, by wszystkie potrzebne pomoce były u nich, pod ręką a nie kurzyły się na stryszku. I tak oto okazało się, że nawet gdy drukarka pada lub z jakichś przyczyn nie mam w domu tego, na czym radzą pracować nauczyciele - mam w domu WSZYSTKO. Och, jak te lata gromadzenia pomocy (często kupując nowe zagłuszałam wyrzuty sumienia, że za mało pracuję z dziećmi), te godziny spędzone przy laminarce, to obsesyjne kupowanie książeczek, kolorowanek i wszystkiego co się nawinie teraz się przydały :D






Ale zanim obejrzycie zdjęcia Endorfinek Pracowitych Mróweczek, mam dla Was arcyważny komunikat:

NIE DAJCIE SIĘ ZWIEŚĆ ZDJĘCIOM. To tylko chwile uwiecznione aparatem w telefonie. Nie wierzcie, że tak pięknie nam wszystko szło, jak to na zdjęciach wygląda. O nie! Często robię tylko śladowe ilości zadań, za szybko, za trudno, zły dzień, zła godzina... Często przy tym niewinnym stoliczku krzyczę, a jeszcze częściej płaczę. Co drugi dzień krzyczę, że mam dość, że pi....ę to wszystko i jadę w Bieszczady. NIE, NIE JEST SUPER. Chłopcy mają regresy, większość dania oglądają bajki i jedzą niezdrowe jedzenie. Bo to jest CZAS WYJĄTKOWY. Czas kwarantanny. Zrozumiałam to po jakimś czasie rwania włosów z głowy - że nie uda się przejść tego bez "ofiar", bez regresów, bez przytycia, bez porażek, bez frustracji. Na pewno nauka ze mną w domu nie umywa się do nauki z Paniami w szkole. I trudno. Trzeba przetrwać ten czas w jak najlepszym zdrowiu psychicznym i o to też dbać u naszych dzieci, a naukę cyferek i pisanie szlaczków traktować jako dodatek do codzienności. Pamiętajcie o tym Kochani. Zdjęcia zdjęciami, a nasze prawdziwe życie puszcza do Was oko, bo wygląda jak Nowy Orlean po przejściu tsunami. Także ten...












































































Wszystkie te zdjęcia (i wiele, wiele więcej) zrobiłam dla nauczycieli, by widzieli, jak pracujemy. Pojutrze dzieci z naszej szkoły mogą wrócić do klas. Och, jak byłoby cudownie... Jednak zdecydowaliśmy, że Endorfinki zostaną jeszcze w domu. Nie pracuję, więc mogę sobie na to pozwolić (a raczej się do tego zmusić ;). Nie będę tu pisać o pandemii, bo wiele osób ma do niej różne podejście, a część wcale w nią nie wierzy. Tak, jak sławne noszenie maseczek - co człowiek to znawca tematu. Część nosi, część nie. W związku z tym nie możemy ryzykować. Zbyt mocno mamy w pamięci duszącego się Roszka, z trudem łapiącego każdy oddech, wśród rurek i kabli, a nawet pod respiratorem na intensywnej terapii. Obiecaliśmy sobie wtedy, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, by nigdy więcej nie wrócić w to miejsce. I słowa chcemy dotrzymać. Nie przyjmujemy gości poza najbliższą rodziną. Nie spotykamy się z nikim poza koniecznością (praca P.). Zaciskam więc zęby, zaciskam powieki, aż łzy rzęsiście płyną i z nadzieją witam... kolejne tygodnie nauki w domu.