niedziela, 20 września 2020

Szczęście



Przyszło po cichu, przycupnęło w kącie naszego domu... Niezauważone przez nikogo, rozgościło się troszkę, mam nadzieje, że zostanie na dłużej... Strach pisać talkie słowa, bo się zapeszy... Ale obiecałam sobie, że będę z Wami uczciwa i tak samo jak smutkami, podzielę się... szczęściem...

Nie, nie wydarzyło się za wiele. Endorfinki wróciły do szkoły, więc odzyskałam jakąś część swojego niematczynego życia. Oboje z P. wzięliśmy się za swoje chore głowy. Każde z nas walczyło ze swoimi demonami smutku, strachu i zagubienia. Każde z nas musi tę walkę stoczyć samodzielnie, ale nie samotnie. Więc walczymy. Każde z nas inaczej, innymi drogami, ale postępy są.. Życie zaczyna nabierać barw i smaków. Nadal raz w miesiącu muszę się wypłakać, porozpaczać nad tym wszystkim, co przeszkadza moim dzieciom, ale już wiem, że to jest potrzebne i nie duszę tego w sobie. Nadal jest ciężko, majtki zasikane, łóżka też, nadal bałagan w głowie i w mieszkaniu. Nadal obwiniam się za wiele i nadal widzę, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia. Ale jest lżej. Jest jaśniej.

Nie wiem, jak długo potrwa ten stan, ale postanowiłam się nim rozkoszować do upadłego.

Wysyłam Wam troszkę tych naszych uśmiechów. Oby zostały z nami jak najdłużej...












I pochwalę się nieskromnie - my, rodzice Endorfinkowi, zagramy za kilka dni pierwszy w życiu samodzielny koncert! Od razu z przytupem, bo zwykły koncert to na pewno nie będzie... :)

Zostawiam Wam tu zapowiedź koncertu i nasz ostatni utwór.

Miłego odbioru, i, być może, do zobaczenia!

Najnowszy teledysk:



Zapowiedź koncertu:








niedziela, 30 sierpnia 2020

Rytuał

Roszek, choć przypomina Misia O Małym Rozumku, swój rozum ma. Pamięć ma niezwykle wybiórczą: pamięta dawno-nie-słyszane piosenki, dawno-nie-widziane bajki, dawno-nie-czytane książeczki, dawno- nie-wyciągane -zabawki. To, co złe, zapomina natychmiast - strach przy podbieraniu krwi, wściekłość i bunt przy strzyżeniu włosów na głowie, wreszcie wielką traumę pooperacyjną.. Roszek wywala te złe mary z głowy zanim zdążą się w niej zadomowić, uwić sobie wygodne gniazdko, zanim zdążą zaznaczyć teren swoją wonią... Bęc i już, po kłopocie. Chłopak znowu ma świadomość niewinną i czystą jak białe prześcieradło wyprane w Acze i nie pamięta, że życie to nie tylko śmiech, ale też i pot, i łzy. I oby tak było zawsze, Roszku. To twoja super moc, Twój talizman, który obroni Cię przez wszystkimi trudami życia...

Ma Roszek jednak w swojej głowie dziwne zakamarki, schematy osobliwego planu, gdzie niby logiki brak, i nie bardzo wiadomo, po co i dlaczego, a jednak trzyma się Roszek tych utartych ścieżek z bezwzględną konsekwencją... Jedną z takich (w naszym mniemaniu) zaskakujących reguł w roszkowym porządku świata jest przymus... powrotu znad wody... tyłem. Zaczęło się niewinnie, wiele lat temu nad morzem. A że co roku jeździmy w to samo miejsce i z plaży do domku mamy trzy minuty piechotą, Roszek co roku utwierdzał się w swojej tradycji, że do Morza nie wypada odwracać się tyłem i należy żegnać się twarzą do niego. I tak sobie wracał tyłem z plaży, za każdym razem, co roku. Potem zaczął wracać tyłem z pływalni, z basenu na turnusie. Przy czym na pływalniach krytych tyłem należy iść aż woda w basenie zniknie nam z oczu i w przebieralni można już iść normalnie. Ale Morze to jest Morze. To Majestat. Tam trzeba tyłem iść od piasku na plaży aż pod sam domek! 

Tłumaczę to sobie, że Roszek tak lubi morze (a ono lubi jego), że żal im się rozstawać i tak sobie gawędzą na odchodne... I zazdroszczę mu konsekwencji działania i odwagi życia po swojemu. Mniejsza z tym, że cała rodzinka wracała do domku w pięć minut, a ja wlekłam się za Roszkiem minut dwadzieścia. Mniejsza z tym, ze co rusz Roszek wpada na innych ludzi, w dziury na ścieżce, potyka się o korzenie... Pogodziłam się z tą jego rutyną, bo jest to jednak rozczulające... A w tym roku, by urozmaicić sobie te powolne powroty, nagrałam dla Was film!  Powiedzcie sami, czyż On nie jest uroczy?!?! Roszek, oczywiście, nie film. :D






piątek, 21 sierpnia 2020

M.O.R.Z.E. czyli Majestatyczny Obłęd Rozentuzjazmowanej Załogi Endorfinek

                                 

Nie wytrzymaliśmy. Po pięciu (w porywach do sześciu) miesiącach siedzenia w domu (a głównie w ogródku), po odżałowaniu corocznego turnusu, na który nie pojechaliśmy, pękliśmy wreszcie i wyjechaliśmy... nad morze. Jak co roku. Znaliśmy miejsce (kemping w lesie), wiedzieliśmy, jak unikać tam tłumu, więc nie wytrzymaliśmy i pojechaliśmy... Oj, jaka to była dobra decyzja. Bałam się okropnie, że Baz nie da rady ze swoją męczliwością słuchową, że go to przerośnie i umęczy, a nas przy okazji.. Ale po pierwszych godzinach, w których musiał się oswoić, na jego twarzy przez większość czasu widniał szeroki uśmiech... A Roszek.. On morze kocha niezmiennie od lat. Jak zawsze, towarzyszyła nam straż przyboczna, w postaci Babci, Dziadka i Cioci. I, jak zawsze, z nimi było o niebo, niebo lepiej :D 

Takie nasze małe, morskie szaleństwo w tym pandemicznym czasie... Czasami człowiek musi, inaczej się udusi...