wtorek, 16 lipca 2019

Rzepy



Wakacje. Dzieci w domu. Z mamą. Non stop. Pełnia szczęścia jednym słowem.

Tak to jest w życiu, że gdy maluszek jest maluszkiem, przyczepiony jest do swojej mamy jak rzep. A potem, z biegiem lat, następuje stopniowe odklejanie... Jakby nagle osobny, autonomiczny człowiek nam obok wyrastał... I zdziwieni zauważamy, że on chce po swojemu, inaczej niż my, co innego lubi, czego innego potrzebuje... Takie przewlekłe nacinanie pępowiny.

A jak jest u nas? Marzę, żeby było "normalnie" - że chłopcy wylecą rano na podwórko i będą wpadać do domu tylko po kanapkę i picie. Że pojadą z dziadkami na wielką wyprawę, zwiedzą jakieś zabytki, przywiozą odznaki i pamiątki, i masę zdjęć. Że zaszyją się przed komputerem i godzinami rozkminiać będą arcywciągającą grę. Że odkryją świat słowa pisanego i wsiąkną w książkę na długie godziny.

Marzyć każdy może.

Jak jest? Wciąż noworodkowo. Z pępowiną grubą jak więzienny powróz. Trochę sama, na własne życzenie, go ukręciłam, nie ucząc chłopców samodzielności. Więc teraz biegam - podetrzeć pupę, przypomnieć o toalecie, wysadzić na nią, pomóc się przebrać, pomóc zjeść, pomóc umyć, pomóc pozbierać, pomóc przeżyć. Bazyli korzysta skrzętnie z tego, że mama jest ciągle i pożera mnie żywcem. Prawie dosłownie. Roch, niby odludek, a jednak tak nieporadny w codzienności, że bez osobistego asystenta zginie w jeden dzień.

Rozdwajam się. Łapię hausty spokoju, pomiędzy odpieluchowywaniem, usamodzielnianiem a przetrwaniem. Taki czas.

Nie dawajcie proszę mi rad, że: pozwól im pożyć, nie wyręczaj, nie nadskakuj. Ja to wszystko wiem.
WIEM nie znaczy UMIEM.










wtorek, 9 lipca 2019

Poturnusowa relacja


Kilka dni temu wróciliśmy z turnusu rehabilitacyjnego w Centrum Rehabilitacji Ruchowej "Like". To nasza coroczna tradycja. Taki lot na inną planetę. Endorfinki ciężko tam pracują, nabywają nowe umiejętności, pokonują własne słabości i ograniczenia. A my - rodzice - biegamy z nimi z zajęć na zajęcia, organizujemy czas popołudniami. Chłopcy wypluskali się w pobliskim jeziorze za wszystkie czasy.
Chciałabym napisać, że wypoczęliśmy i nabraliśmy wiatru w żagle. I pewnie by tak było - z pogodnym i zazwyczaj współpracującym Rosiem. Ale był z nami Baz... Przez pierwszy tydzień sprawował się wzorowo. A potem z dnia na dzień się popsuł. Ewidentnie zatęsknił za domem. Cały ośrodek musiał słuchać tych opętańczych wrzasków rodem z egzorcyzmów. Bo jeśli coś nie jest po bazylkowej myśli, to wie o tym cały świat - siłą rzeczy.... Na szczęście na terapiach chłopak zachował resztki godności i ładnie pracował. Przez 5 dni chodziliśmy jak struci, umęczeni, niepewni o co mu chodzi, jak mu pomóc a jednoczenie samemu nie zwariować... A gdy w piątkowy poranek wyciągnęłam walizki i zaczęłam nas pakować, Bazyli, po chwilowej konsternacji, uśmiechnął się szeroko i w tym uśmiechu trwał już aż do samego domu.






Grafiki napięte

Terapia przestrzenna z Panią Anią

Terapia przestrzenna z Panią Anią

Kinezterapia z Panią Elizą

Kinezterapia z Panią Elizą

Kinezterapia z Panią Elizą

Terapia ręki z Panią Aldoną

Terapia przestrzenna z Panią Anią


 Największa atrakcja - ukochany basen z Panem Maćkiem

Terapia reki z Panią Aldoną

Nie zrobiliśmy zdjęć z Panią pedagog Ilonką i Panią neurologopedą Asią oraz z Panem Maćkiem z basenu - pozdrawiamy serdecznie i dziękujemy!!!

Jeziorne szaleństwa






Chwila relaksu na huśtawce

Chwila frajdy dla rodziców

Kryzys ostatniego dnia

Stołówka

Wszystkim darczyńcom i tym, którzy przekazali chłopcom swój 1% podatku bardzo dziękujemy! Koszt turnusu wyniósł aż 8500zł więc bez Was nie byłoby nas tam! Pamiętamy o Was każdego dnia!


Wyślijcie troszkę dobrej energii w naszym kierunku, bo Baz regularnie urządza w domu małe piekiełko i nie mam pojęcia, jak przetrwać do 1 września...

sobota, 29 czerwca 2019

Kto kocha Rocha?




Zniknęliśmy na czas jakiś. Od niedzieli jesteśmy, jak co roku, na turnusie rehabilitacyjnym w Centrum Rehabilitacji Like. Chłopcy ćwiczą sprawność manualną na terapi ręki, rownowagę i dobre funkcjonowanie zmysłów udoskonalają na terapii  przestrzennej, a co drugi dzień ćwiczą z panią logopedą i z panią pedagog. Największą atrakcją i tak są dla nich zajęcia na basenie i tam też obaj czynią największe postępy. Dlaczego? Bo kochają wodę! Na dokładkę codziennie po południu chodzimy pluskać się w jeziorze. Taki to jest turnus - dzięki Wam możliwy do zrealizowania, bo gdyby nie pieniądze z 1% podatku, nie stać byłoby nas na wydanie ponad 8 tyś.zł za pobyt tutaj. Dziękujemy z głębi naszych serc!

Oprócz wielu terapeutycznych zalet turnus ma też inne magiczne właściwości i jedną z nich chciałam Wam pokazać. Jesteśmy tu z przyjaciółmi co niewątpliwie dla nas, rodziców, jest ogromnym plusem. Jesteśmy tu całą rodziną, razem z P., spędzamy ze soba masę czasu, nie martwimy sie gotowaniem, sprzątaniem, sprawami zawodowymi. To jest bezcenne. Ale chcę Wam pokazać naszą bardzo intymną scenę z Roszkiem. Żebyście zrozumieli, jaki jeszcze wielki dar dają nam turnusy. Jesteśmy tu wszyscy razem, a to oznacza, że dominujący i dużo krzyczący Bazyli nadal jest z nami. Dla Rosia niewiele więc się zmienia. A jednak... gdy Baz szalał na basenie z terapeutą, udało nam się spędzić taką chwilę tylko we troje: Mama, Tata i Roś. I zobaczcie, co było na tapecie....




czwartek, 20 czerwca 2019

Koniec i... początek czyli historia naszej szkoły!



Wczoraj Endorfinki pożegnały się ze swoimi Paniami i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje. Bardzo mało pisałam o naszej szkole, choć przeżyć było wiele i był to pierwszy mój rok jako mamy uczniaków. Emocje kłębią się we mnie cały czas... Dlaczego, spytacie? Ano dlatego, że to nie jest zwyczajna historia pt. "pierwszy rok w szkole". O nie. My jakoś tak mamy, że lubimy pod prąd, pod wiatr, gdzie trudniej i mniej komfortowo. Ale wierzę głęboko, że gdy człowiek wyjdzie poza swoją strefę komfortu, wykrzesa z siebie odrobinę więcej niż to absolutne minimum potrzebne do przetrwania, to mogą się zadziać cuda najprawdziwsze... Wczoraj doświadczyliśmy tego małą grupą osób... Opowiem Wam o Naszej Szkole.
Stowarzyszenie Dalej Razem z Zielonej Góry, do którego od lat należymy, dostało duży grant od zagranicznego sponsora. Powstał pomysł, by wybudować zw Głogowie za te pieniądze w budynek przeznaczony pod szkołę, ale też pod mieszkanie treningowe i ośrodek terapeutyczny. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia! Szkoła dedykowana tylko dla osób z autyzmem, małą, rodzinna placówka. To było jak spełnienie marzeń każdego rodzica... Miasto przekazało działkę, budowa ruszyła... A potem było już tylko gorzej - ciągłe "niespodzianki" przy budowie, koszty wzrastały niebotycznie, wiadomo już było, ze nie zdążymy do pierwszego września. Kadra wybrana, zatrudniona, dzieci gotowe... Szukaliśmy pomocy w głogowskich szkołach - kto nas przygarnie na kilka miesięcy, wynajmie nam salę lub dwie byśmy z naszymi Paniami doczekali do otwarcia Naszej Szkoły. Pomimo starań Prezydenta i wielu zaangażowanych osób okazało się, że żadna szkoła nie ma dla nas miejsca. Ostatecznie przygarnął nas ksiądz proboszcz z Parafii Najświętszej Marii Panny w Głogowie. Dostaliśmy dwie salki parafialne i udało się wystartować z trzytygodniowym opóźnieniem. Ciagle jednak szkoła była niezarejestrowana, a co za tym idzie dzieci na papierze nie zapisane do żadnej placówki oświatowej, a to oznaczało brak subwencji czyli brak pieniędzy na wypłaty dla nauczycieli. Po długich perypetiach, żeby uniknąć kłopotów prawnych, dzieci zostały zapisane do swoich szkół rejonowych na nauczanie domowe, a w ramach tegoż woziliśmy je normalnie na zajęcia do naszej "szkoły-widmo".
Taki mieliśmy start. Trudny, bolesny, pełen rozczarowań i niepokoju. Nie winię nikogo - wszyscy - i prezesi, i kadra, i rodzice chcieli jak najlepiej. Popełniliśmy po drodze masę błędów, wydeptaliśmy wiele ścieżek - do szkół, poradni, władz miasta, kuratorium oświaty. Często odbijaliśmy się o bezlitosne paragrafy prawne, o niekompetencję urzędników i brak dobrej woli. Spotkaliśmy też na swojej drodze bardzo dużo życzliwych, pomocnych ludzi, i tych na stanowiskach, i tych zwykłych, którzy bardzo nam kibicowali i pomagali. Do nowego budynku przeprowadziliśmy się w lutym. Meble pozbieraliśmy od głogowian. Nadal nie mamy subwencji i Panie opłacane są z kredytów.

Ale trwamy - wszyscy razem: Prezesi, Nauczyciele, Rodzice i Dzieci. Nikt się nie poddał, nie wykruszył, nie uciekł. Dzieci mają wspaniałą opiekę, w malutkich klasach, w przyjaznych warunkach pod czujnym i troskliwym okiem Pań.

Jestem wdzięczna - każdemu, kto w nas wierzył, kto wspierał, kto kibicował.
Obu Panom Prezesom, którzy nie poddali się, choć jestem pewna, że mieli straszne koszmary co noc.
Paniom, które nie wiedziały co je czeka za tydzień, za miesiąc, a jednak oddały całe siebie naszym dzieciom.
Rodzicom, że pomimo różnic potrafiliśmy się zjednoczyć i działać wspólnie dla dobra naszych dzieci.
Dzieciom - za to, że są jakie są i przez to inspirują nas, byśmy stawali się coraz lepsi, żebyśmy odważyli się na bycie pionierami i przecieranie szlaków.
Pani Dyrektor ze szkoły w Radwanicach - za odwagę i ogromne wsparcie!

To był trudny rok. Jeden z trudniejszych w moim życiu. Ale jaki owocny!





Zdjęcie pochodzi ze strony fb: Szkoła Dalej Razem w Głogowie 


Zdjęcie pochodzi ze strony fb: Szkoła Dalej Razem w Głogowie

Super Kadra!

Zdjęcie pochodzi z archiwum Stowarzyszenia Dalej Razem


niedziela, 9 czerwca 2019

10


Coż mogę napisać... Jeszcze nie dalej jak wczoraj się rodził daleko od domu, rozbrajał kolejne bomby spadające nam na głowy, przezwyciężał wady serca i OIOMY, stawiał pierwsze kroki, pierwsze mosty do ludzkich serc, wypowiadał pierwsze słowa i pierwsze zaklęcia... A tu 10 lat minęło jak błyskawica, jak światło pędzące tak szybko, że nie możemy sobie tego wyobrazić.

Dziesięć lat... Nie dociera to do nas, bo tkwimy z Roszkiem zamrożeni, zahibernowani w jego czasoprzestrzeni, żółwiej, ociężałej, gdzie nie wydarza się wiele z tego, co w naszym świecie wydarzyć się powinno...

Pogoda dopisała. Goście również. Na torcie, spośród dziesięciu świeczek, z powodu wiatru udało nam się zapalić tylko jedną. I jakie to było prawdziwe... Bo Roś bardziej przypomina roczne bobo niż dorastającego chłopca... Tort zjadł ze smakiem, prezenty zignorował tak jak większość otaczającej go rzeczywistości. Pośpiewał z Mamą, z Babcią, pogadał do Teletubisiów, które zawsze są przy nim, pogapił się w ogień i spałaszował dwie kiełbaski z ogniska. Na urodziny dostał zabawki z przedziału wiekowego 6-36 miesięcy, ale P. broni honoru syna twierdząc, że tu chodzi o lata a nie miesiące i wszystko jest w jak najlepszym porządku ;)

Taki Roś. Człowiek orkiestra, co gra sobie tylko znaną melodię w obcej, nieznanej nam tonacji. A jednak melodia ta porusza nas do głębi. Przemienia nas. Naznacza na zawsze niewidzialną runą wyrytą w sercu.

Wracam myślami do tych pierwszych Roszka urodzin, gdy świętowaliśmy, że JEST. Że przeżył, że jego zakręcone serduszko bije i chce walczyć. Co to były za urodziny... Goście, balony, film o Szanownym Jubilacie... To były jego jedyne urodziny bez Bazylka. Jedyne, gdy był sam, w centrum, otoczony niepodzielną uwagą i miłością. Dziś Roszek przegrywa z młodszym bratem. O wszystko. Ale najwidoczniej mu to nie przeszkadza.

Jeśli wyczuwacie smutek w moich słowach, to pewnie macie rację. Ale, jak śpiewam w naszej ostatniej piosence: "Pod skorupą, tam gdzie blizny, bije źródło wielkiej siły i uśpiony Mocarz z kolan wstanie..."


Kochamy Cię Groszku, najjaśniejsza Gwiazdko w tym Gwiazdozbiorze Nieporadnej Miłości...













sobota, 25 maja 2019

Chłeptozaur Kałużny


KLASYFIKACJA:


gatunek: Chłeptozaur Kałużny
rodzaj: Błotnitus Wodnicus
charakter: przebiegły, nieskrępowany, beztroski
misja: uchlapać się, ubłocić, nażłopać 
występowanie: podmokłe podwórka, zagłębienia w chodnikach i dróżkach

Jest taki stworek, co się naoglądał za dużo, jak to Świnka Peppa uwielbia skakać w błotnych kałużach. I też uwielbia. Też w kałużach. Nawet nie skakać, a stać. 
Stałby tak godzinami, machając swoim gumowym wężem w wodzie, wpatrując się w refleksy świetlne na jej powierzchni, wsłuchując się w jej chlupot. Chlupie tak, macha, aż cały pokryty jest błotnistymi kropeczkami, jak biedroneczka, jak krówka boża piegowata. I pyszczek nawet kropkowany się robi. Brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko - powiadają, więc pozawalamy naszemu stworkowi na takie harce i swawole.

Uważajcie jednak na Chłeptozaury wszelakie, bo ich tajemnicza nazwa nie wzięła się znikąd. Większość z nich zaopatrzona jest, tak jak nasz, w odpowiednie gumofilce i odzież wierzchnią. Niestety, nie poprzestają tylko na chlapaniu. O nie. Po jakimś czasie, gdy nikt nie patrzy, próbują... chłeptać... 

Wodę. 
Z kałuży. 
W kucki. 
Jęzorem.



sobota, 18 maja 2019

Słowo na R



Nic mnie tak w życiu nie zmusiło do refleksji jak rodzicielstwo. Trudne rodzicielstwo.
Po internetach krąży mądry tekst, że "miarą rodzicielstwa nie jest to, jak sobie radzisz z dzieckiem, ale jak sobie radzisz ze sobą....". I to jest święta prawda. 
Odkąd los obdarzył mnie Endorfinkami (piszę w swoim imieniu, ale jestem prawie pewna, że P. też przechodzi podobną drogę emocjonalną, tylko mniej intensywnie) muszę nieustanie mierzyć się ze sobą. W mojej głowie siedzi krytyk, który lustruje każde moje poczynanie i głośno wyraża swoje niezadowolenie. Czasami ma rację, ale bardzo często jest zbyt okrutny. 

Juz o tym wiem. 
Długo nie wiedziałam.

To taka ironia losu, że świat osób z autyzmem powinien być uporządkowany i przewidywalny. Wtedy czują się bezpiecznie, wtedy dobrze funkcjonują. Ja niestety mam usposobienie bardzo chaotyczne - jestem niekonsekwentna, leniwa, zmieniam zdanie i plany jak rękawiczki, brak mi samodyscypliny i samozaparcia. Jestem za to bardzo emocjonalna - jeśli się cieszę, to wszyscy wkoło o tym wiedzą. Jeśli się smucę, to lecę w czarną dziurę bez dna. Na łeb, na szyję. A potem lądowanie boli.

Skąd ta spowiedź i samobiczowanie, spytacie? To nie tak, że postrzegam siebie samą w złych barwach i samych minusach. O nie. Wiem, że mam wiele bardzo fajnych cech i bardzo siebie za to lubię. Naprawdę. Pech w tym, że akurat przy Endorfinkach są to cechy mniej porządane. A może inaczej - też są ważne, ale trudniej wprowadzić je w życie. 

Jestem bardzo twórcza. W marzeniach miałam być taką mamą - trochę szaloną, która z radością tapla się z dziećmi w farbach,  wymyśla z nimi niestworzone historie, bawi się z nimi w Fantazjanie, organizuje leśne podchody i, co najważniejsze, pokazuje piękno świata. Marzyłam, że będziemy razem muzykować, pisać wiersze, chodzić na koncerty, ratować zwierzątka, troszczyć się o przyrodę, celebrować jej piękno i mądrość. Że będziemy czytać mądre książki, oglądać wspaniałe filmy dla dzieci (i nie tylko), rozmawiać o tym, dyskutować, zwiedzać, poznawać, smakować. Tymczasem wszystkie te furtki zatrzaskują mi się przed nosem, jedna po drugiej. Nawet jeśli Endorfinki gdzieś tam w głębi mogą tego wszystkiego doświadczać, to w innym języku, na innej, obcej mi trajektorii. Wszystko to, co było moją mocną stroną, akurat w przypadku autyzmu jest niekoniecznie zaletą. Za dużo gadam, za głośno, za dużo robię bałaganu, nie mówię wprost tylko przenośniami, za miękka jestem i za łagodna. Ten blog jest tego świetnym przykładem - to zlepek moich emocjonalnych erupcji, powidoków codzienności. To też jest potrzebne w życiu, ale nie znajdziecie tu fachowo uporządkowanej wiedzy i porad co i jak i gdzie.

Czego trzeba Endorfinkom? Według terapeutów - planów dnia, zabawy na czas (przy użyciu timera), przestrzegania reguł, żelaznej konsekwencji, mniej gadania a więcej działania. Brzmi okrutnie, ale terapeuci mają rację. Taki jest autyzm, przynajmniej w wydaniu moich dzieci - im to realnie ułatwia życie. Wiem o tym od dawna i biczuję się nieustannie. Codziennie odwalam w głowie ten rytuał samookaleczania, aż krew tryska z duszy: gdybym była inną mamą... Kochała porządek i zasady... Była jak skała - twarda, pewna i niewzruszona - dałabym moim dzieciom porządne podparcie. Mogłyby odbić się wtedy od stabilnego gruntu i pofrunąć w życie. Miałyby z czego wystartować. Być jak skała - opoką, fundamentem. Zamiast tego jest wieczny chaos i rozedrganie. Twórcze podejście jest bezcenne, ale bez solidnego pragmatyzmu u podstaw bardziej szkodzi niż pomaga. Tak jest. Po prostu.

Zamęczam więc siebie pytaniami - jak to ma być? Jak się wpisać w ciasne ramy, gdy dusza puchnie, a ciało tym bardziej? Ale czy mogę tego nie zrobić? Czas leci, a Endorfinki są w szczerym polu. To mój rodzicielski obowiązek - nauczyć ich życia, tego najprostszego. Ja bym chciała z nimi śpiewać i przeżywać przygody, gdy nie potrafią się nawet sami ubrać. Tak się siłuję sama ze sobą i tracę na to mnóstwo energii, którą mogłabym spożytkować inaczej. I pojawia się światełko, choć na razie dla mnie nieuchwytne. 

Ale wiem, że jest.
Magiczne słowo na R.

RÓWNO-WAGA.

Gadać, śpiewać, wygłupiać się ale też pilnować pewnych podstawowych zasad, nie przytłaczać sobą.
Tulić, kochać, całować ale też wymagać i nie ulegać.
Pozwalać sobie na pasje i odskocznie ale nie zatracać się w nich.
Mądrze gospodarować czasem, szanować każdą jego minutę.
Słuchać dobrych rad, czytać, konsultować ale przesiewać to wszystko przez swoje serce.

Równowaga. We wszystkim.

Taki banał.
Boże, jaki trudny dla mnie!!!








sobota, 11 maja 2019

Kanapka




Że będzie to niezwykły dzień dowiedziałam się już przy przebudzeniu... Obudził mnie głos Roszka mówiący wprost do ucha: Mamo....

Mamo! Maaaamoooo! Czy Wy to rozumiecie! Dziesięć lat czekałam na to słowo, wypowiedziane DO MNIE i bez zachęcania, tak z potrzeby chwili. Cóż to był za budzik! Najpiękniejszy! 
Ani jedna ani druga Endorfinka nie woła: mamo. Zdarza się, że padnie z ich ust słowo "mama", ale najczęściej wykrzyczane w złości lub jako odpowiedź na pytanie, albo po prostu powtarzane po kimś.

Po takim początku już wiedziałam, że to będzie dobry dzień... Jakiś czas później całą rodziną kokosiliśmy się na łóżku bawiąc się w naszą ulubioną rodzinną zabawę, chyba jedyną, która nam jako tako wychodzi. Mianowicie wszyscy kładą się jedni na drugich z radosnym okrzykiem; kaaanaaapkaaaa! Obaj chłopcy to uwielbiają. Była kupa śmiechu i gilgotania. Bazyli najwidoczniej miał dość, bo usiadł sobie z boku, obserwując nasze turlania i chichoty. Roszek nagle usiadł, spojrzał na Bazylka i powiedział: Bazyli.

P. i ja od razu spojrzeliśmy na siebie zaszklonymi oczami. Roszek zawołał brata. Zawołał brata do wspólnej zabawy. Odczuł brak jego towarzystwa. Ten nasz Roszek Kosmita, który teoretycznie do szczęścia potrzebuje tylko Teletubisiów i piosenek. Szybko podjęłam temat: Roszku podejdź do Bazylka i powiedz: "Bazyli, chodź".
Roszek wstał, podreptał do brata i powiedział:
- Bazyli, chodź! Kanapka!
A Bazyli uśmiechnął się pod nosem i dołączył do nas.
I tak kilka razy. Bazyli odchodził, Roszek go wołał i Baz dołączał.

Kto nas zna to wie, jaka to radość i jaka niespodzianka! Napawam się takimi momentami, wdycham ich oszałamiającą woń, zapisuję w pamięci na najtrwalszych matrycach.
Bo tylko to się liczy w życiu: chwile z bliskimi, z pogodnym sercem, pełne miłości i ufności. Reszta to nieważny bełkot.


poniedziałek, 6 maja 2019

Mocarz

Czasem czuję, że tonę. Że to już kres mojej wytrzymałości. Że, choć pozornie nie jest źle, wszystko przygniata. 
A potem wstaję, jak feniks. Otrzepuję kolana i uśmiecham się przez łzy. I idę naprzód.

O tym jest nasza najnowsza piosenka. Każdy przejrzy się w niej jak w lustrze. I każdy odnajdzie w niej nadzieję.

W każdym z nas drzemie Mocarz....



Wielkie brawa należą się odważnej Meni (Marlenie Mandziuk), która mi zaufała na tyle, że odkryła dla Was spory kawałek swojego barwnego życia. 

To co? Oglądamy i słuchamy?



poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Przygoda



Ostatnio całe dnie spędzamy na dworze. Tuż za płotem stoi wielgachna trampolina sąsiadów, a na niej często podskakuje kilkoro dzieci z okolicznych domów. Jest przy tym masa śmiechu i hałasu. Roszek nie zwraca na to kompletnie uwagi - jest samotnikiem ceniącym sobie ciszę i spokój. Ale Bazyli... siedzi przy ogrodzeniu i przypatruje się dzieciom. Czasem się z nimi śmieje. Serce mi wtedy pęka i rozdarta jestem jak sosna - czy próbować "wkręcić"go w tę skakaną imprezę, czy jednak nie narzucać jego towarzystwa innym dzieciom? Wchodzimy w ten trudny etap, w którym Bazyli zaczyna tęsknić za towarzystwem dzieci. Ale jak ma zbudować relacje, kiedy nie mówi, za to dziwnie popiskuje? Na szczęście w szkole jest wśród "swoich" i czasem broi z kolegą. Ale czy to mu wystarczy?

Tak się ostatnio głowiłam, co tu zrobić, by Bazyli miał okazję pobawić się wśród dzieci, nawet nie Z NIMI, ale chociaż wśród nich. I, jak zwykle, rozwiązanie przyszło samo. Ale zacznę od początku.
Mam taką dobrą znajomą, która nigdy o nas nie zapomina. Co roku zaprasza nas na urodziny swoich dzieci do parku rozrywki. Rok temu zakończyło się to spektakularną klapą, bo Bazyli upatrzył sobie schodki dostępne tylko dla obsługi i odmowę wejścia na nie celebrował godzinną histerią, w efekcie czego kiblowałam z nim na zewnątrz, a na sali bawił się tylko Roszek z tatą. Tak, to była lekka trauma. Ale Jola nie odpuszcza, ona nie da się zniechęcić byle histerią... I tak oto, po roku czasu, znowu zostaliśmy zaproszeni na urodziny Tomka. Z drżącym sercem pojechaliśmy. A tu czary-mary! Endorfinki biegają, skaczą, włążą na konstrukcje, piszczą z radości, wcinają tort i po prostu.... dobrze się bawią... Niespodzianka! Bazyli nawet dał sobie pomalować twarz i na kilka godzin przemienił się w uroczego pieska.

A teraz do meritum.... Moglibyśmy sami chodzić na takie sale zabaw. Zabierać tam Endorfinki w weekendy i popołudniami. Dawać im okazję do zabawy wśród gwaru dzieci. Namiastkę normalności. Moglibyśmy. Ale mamy swoje lęki, swoje słabości - często nas to przerasta, po prostu psychicznie nie mamy na to siły. Gdzieś w głębi wiemy, że powinniśmy odwiedzać częściej kino, festyny i basen. Żeby chłopcy uczyli się bycia w społeczeństwie, bycia w różnorodności. Ale łatwiej jest siedzieć we własnym ogrodzie, gdzie bezpiecznie, cicho i w miarę przewidywalnie. Tak, my - rodzice Endorfinek - też dziczejemy, razem z naszymi dziećmi. Też stajemy się aspołeczni, lękliwi i zamknięci na świat. Dlatego tak bardzo jestem wdzięczna, że czasem ktoś sam się o nas upomni, nie pozwalając zdziczeć do końca. Wyciągnie nas za uszy i zachęci do przeżycia przygody.

Jola, Michał, Tomek, Wojtek, Pani Renatko - dziękujemy :*