sobota, 9 listopada 2019

Scena




Dwa tygodnie temu świat się Endorfinkom zawalił. Po dwóch latach nieustannego kręcenia gumowymi wężami, chłopcy odkrywają świat bez tego narkotycznego rytuału. Oczywiście, nie zabraliśmy im tego z dnia na dzień. Ograniczaliśmy, pomału, coraz mniej, coraz mniej. Plan był taki, że Bazyli nadal będzie dostawał węża np. na pół godziny dziennie, bo przecież trochę przykro odebrać mu ulubioną rozrywkę. Ale u nas nic nie jest proste. Zawsze rzeczywistość komplikuje się przez pączkowanie... Okazało się, że Baz bez węża to Baz spokojny, wyciszony, skupiony, kontaktowy i całkiem rozumny. Gdy tylko dostaje węże, zaczyna dziczeć z sekundy na sekundę - pojawiają się dziwne odgłosy, bieganie, wokalizy, nerwy... Wąż go pobudza sensorycznie i Baz sobie z tym nie radzi. Cała nasza rodzina sobie z tym nie radzi. Więc, niestety, węże musiały się wyprowadzić. Baz zazwyczaj znosi to z godnością. Najgorsze są długie weekendy, jesienna aura, brak pomysłu na spędzenie dnia - wtedy budzą się w nim dawne ciągotki i mamy półgodzinne histeryjki okraszane ogólnie pojętą demolką otoczenia i zwierzęcym wręcz skowytem. Staramy się to ignorować, przetrwać, ale lekko nie jest.
Za to Roś... zawsze pogodny, uśmiechnięty i słoneczny jak pogoda na Florydzie, od jakiegoś czasu w domu pochmurnieje niczym burzowa chmura. Gdy tylko po powrocie ze szkoły przekroczy próg domu, zaczyna się lament - buźka w podkówkę, łezka w kąciku oka i wyrażona żalem prośba (a raczej rozkaz): Radyjko! Bajka! Muzyka! Szczeniaczek! (grająca zabawka). Na początku spełnialiśmy te prośby, zatroskani i zafrasowani, co też temu naszemu Roszkowi dolega, skąd ta rozpacz i jesienna chandra. Po mniej więcej tygodniu zaczęło do nas powoli docierać, że kolega ewidentnie z nami pogrywa - pod przykrywką cierpienia i melodramatu wymusza ciągłą stymulację muzyczką, śpiewaniem, bajką, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Roszek, pozbawiony swojego gumowego węża, szybko podłapał przez obserwację, że krzyczący i awanturujący się Bazyli nic tymi zabiegami nie wskóra, sam więc przyjął rolę cierpiącego Kłapouszka. Niestety dla niego - został przejrzany. I skończyło się dogadzanie. Dla jego i naszego dobra.
Więc kiedy wczoraj całe popołudnie chłopak marudził i zaciągał nosem, pozostaliśmy niewzruszeni. Ot, kolejne dramatyczne wystąpienie aktora. Kolejna próba sił, kto kogo przetrzyma i kto komu ulegnie. A potem Roszek wstał o 22 z płaczem, i wił się na łóżku niczym węgorz, w spazmach bólu i szlochu. I otrzeźwieliśmy natychmiast, że tym razem to nie scena, a życie. Po godzinie zmagań, gdy juz obdzwaniałam znajomych po nocy, czy mają leki przeciwgorączkowe (nasz się zdążył przeterminować) i pakowałam torbę do szpitala, Roszek wreszcie się wypróżnił soczyście i zasnął. Jelita. Znowu. Ciągnie się za Roszkiem jakaś śmierdząca jelitowa afera. Do przebadania. Do skonsultowania. I do zaleczenia - mam nadzieję. 
Ale gdy Roszek tak się wił na łóżku, i nie mogliśmy w żaden sposób mu ulżyć, ani, co  gorsza, w żaden sposób się dogadać, co go boli, co się dzieje, co czuje, to... zleciały się nam nad głowy, niczym czarne kruki, wszystkie trudne wspomnienia, całe morze bezradności i strachu, jakie już, na szczęście, za nami. I staliśmy bezradni, sparaliżowani bezsilnością. Mentalnie szykowałam się znowu na dyżur szpitalny, lekarzy, kroplówki i pikanie monitorów. Brrrr...
I powiem Wam, że znowu człowiek docenił te swoje codzienne, domowe zmagania. Ale jednak - w stabilności jakiejś, przewidywalności, rutynie. I odetchnął człowiek głęboko wsłuchując się w miarowy oddech pochrapującego, wtulonego w nas Roszka....

Uf...

sobota, 2 listopada 2019

Kuloodporni!

Kochani... Fundacja zakończyła księgować 1% podarku za rok 2018... No i cóż mamy powiedzieć? Już wiemy, że stoi za nami armia dobrych ludzi!!! Iwecie jakie to uczucie, gdy człowiek zgubił się w górach, jest ciemno, zimno, boi się i nie wie, dokąd ma iść, a tu nagle pojawia się światełko... Jedno, drugie, trzecie, dziesiątki światełek, setki światełek... I nagle się okazuje, że jest szlak, jest droga, jest wyjście z sytuacji. Takimi światełkami w ciemności są dla nas Wasze deklaracje PIT, wskazujące Roszka i Bazylka. Dzięki tym wpłatom możemy przez cały rok funkcjonować, opłacać lekarzy, turnusy, szkołę, terapie, pomoce terapeutyczne... Dzięki tym wpłatom możemy spokojnie spać, oddychać i snuć plany. Dzięki tym wpłatom nie musimy wyprzedawać dobytku, żyć jak mnisi, o chlebie i wodzie.... Jak Wam podziękować za TAKIE WSPARCIE?!?!
Tradycyjnie - piosenką :) Było już disco, był gospel, a teraz będzie na... rockowo! P. był pod takim wrażeniem ilości wpłat i skali tego zjawiska, że się przełamał i dla Was zaśpiewał, a to dla niego nie lada wyzwanie :) Także ten...

Dziękujemy Wam z całego serca! W imieniu swoim i chłopców. Oni sami nie rozumieją, o co chodzi, ale czują radość i spokój rodziców, i to jest najważniejsze.
Głogów, Polkowice, Lubin, Poznań, Wrocław, Warszawa, Żagań, Wołów, Legnica, Wschowa, Jelenia Góra, Nowa Sól, Łódź, Wocławek, Wołomin, Kraków, Zielona Góra, Oława, Oleśnica, Nowy Sącz, Złotoryja, Zgorzelec, Wągrowiec, Jastrzębie Zdrój, Częstochowa, Kluczbork, Środa Śląska, Góra, Żory, Chrzanów, Grodzisk Mazowiecki, Trzebnica, Pruszcz Gdański, Szczecin, Grodzisk Wielkopolski, Strzelin, Zamość, Gostyń!!!!

Dziękujemy Wam prosto z naszych rockowych serc!!!!!!!!!

Dzięki Wam będziemy KULOODPORNI :D




Najlepiej brzmi w słuchawkach :)


poniedziałek, 28 października 2019

Baz Demolka



Emocje... Ten tajfun niszczycielski, co zmiata z powierzchni ziemi wszelkie racjonalne tłumaczenia, spokojne sugestie, głosy rozsądku. Emocje są jak podziemne gejzery - bulgoczą złowrogo, kipią złowieszczo, aż nagle wybuchają z taką siłą, że ratuj się kto może. Tak, w wybuchach emocji jestem naprawdę dobra. Nagły niekontrolowany szloch ze spazmami? Proszę bardzo. Erupcja radości z pozornie błahego powodu? Ależ oczywiście. Furia gniewu i wściekłości? Tylko patrzcie... Nie jestem cholerykiem. Przynajmniej nie byłam. Rozchwianie emocjonalne mam w genach, hormonach i usposobieniu...
Bazyli odziedziczył to po mnie. Niestety. Z furii w śmiechawkę, z płaczu w czkawkę... Tak się bujamy na tej huśtawce emocjonalnej, siup - w górę, siup w dół, a gdy już robi się zbyt nieprzyjemnie, P.i Roś cichutko, na paluszkach, schodzą nam z drogi... Gdy dzieci były malutkie, a Baz zamęczał nas atakami wrzasku trwającymi wiele godzin, zdarzyło mi się skopać stare drzwi z dykty, aż zrobiła się w nich wielka dziura. P. potrafi walnąć pięścią w ścianę, aż zostają ślady obrączki. Z emocjami trzeba sobie jakoś radzić. Nie można ich wypierać, ukrywać, ale też nie mogą nami zawładnąć na tyle, byśmy zaczęli krzywdzić innych.
Bazyli przez ostatnie pół roku zdążył zdemolować wiele rzeczy. Zerwał szafkę wiszącą w łazience, zerwał szklaną półkę spod lustra tamże. Wielokrotnie skopał i zrzucił obraz wiszący na ścianie. Ze złości, w amoku, niby niechcący. Jego złość to siła niszcząca, jak trąba powietrza, wyrywa z korzeniami nasze meble i przedmioty codziennego użytku. Niestety - radość również potrafi być za mocna. Dziś, radośnie skacząc po materacu, Baz zakończył niespodziewanie żywot roszkowego łóżeczka. Nie było nam do śmiechu, oj nie. Ale co zrobić?
Poskramiamy złośnicę - i w sobie, i w Bazylku. Oddychamy głęboko, liczymy do dziesięciu, liczymy barany, odwracamy wzrok, szukamy rozpaczliwie przepony, by nią uspokoić wzburzone sapanie. Wychodzi nam to różnie...
I gdy mam już serdecznie dość, i modlę się, by być robotem - spokojnie wykonywać swoją robotę, nie dać się złamać, nie ulegać naciskom, nie wpuszczać do siebie tego zamętu emocji, co podkopują najtrwalsze fundamenty i podmywają najwyższe mury - wtedy przychodzi myśl... Kim byłabym bez nich? Czy Bazyli byłby nadal sobą - trochę postrzelonym, egzaltowanym, ale jednak radosnym chłopcem? Czy wolałabym spokojnego, pozbawionego uczuć, chłodnego w kalkulacji, przewidywalnego chłopca?
Przytulam do siebie jego złość, strach, niezgodę, bunt i smutek. Cierpliwie sklejam bazylkową, potłuczoną w drobny mak codzienność.  Aż moim oczom ukaże się jej prawdziwy kształt.

sobota, 12 października 2019

Jedi!




Ostatnio miewamy spadki nastroju. Tak po prostu, bez konkretnej przyczyny. Może to jesienna aura (którą, skądinąd uwielbiam!). Może zmęczenie materiału? Może wypalenie zawodowe (o tak, matki również je miewają!). Na Baza tym razem zwalić nie możemy, bo chłopak od ponad tygodnia cichutki jest, spokojny, do rany przyłóż i aż dziwnie tak w domu się zrobiło bez tych ciągłych bazylkowych awantur.
Wiem, że każdy ma prawo odczuwać różne emocje, w tym smutek bez konkretnego powodu. Wiem też, że sytuacja naszej rodziny jest dość szczególna i tym bardziej mamy prawo odczuwać wiele różnorakich emocji z tym związanych, w różnych zestawach i w różnym natężeniu. Ale najbardziej nie lubię wpadać w takie mini czarne dziury bez konkretnej przyczyny. Oplatają nas wtedy złe myśli jak cienkie pajęczynki - niby nieszkodliwe, ledwo wyczuwalne, ale gdy jest ich za dużo, zaczynają istotnie przeszkadzać w funkcjonowaniu. Takie popadanie w melancholię, chowanie się w ciemne zakamarki duszy, uporczywe rozgrzebywanie tego, co powinno spoczywać w spokoju. Oboje z P. niestety miewamy skłonności do takich lotów w prywatne mini otchłanie.
Jak z nich zawrócić? Jak przejrzeć na oczy, że, co prawda jesień, ale ciągle słońce, i feerie barw, i zapachy, smaki? Jest wiele sposobów. My mamy swojego Prywatnego Jedi, Mistrza Zakonu Dobrego Humoru, Świetlistego Władcę Radości. Ma skośne oczy, chrapliwy głos i malutki iloraz inteligencji. Ma też niezwykłą umiejętność bycia tu i teraz i radowania się dosłownie wszystkim. I gdy oboje snujemy się po mieszkaniu jak smętne cienie, pomrukując do siebie i chowając się przed światem, Roś wyciąga swój świetlisty miecz Jedi i szast-prast - rozprawia się z ciemnościami. Jego śmiech ma niezwykłą moc rażenia. Rozgania ciemne chmury nad naszymi głowami i rozcieńcza najgęstsze, najbardziej gorzkie syropy depresji. Roszek jest Nauczycielem. We własnej Akademii Szczęśliwości naucza nas każdego dnia, jak być radosnym bez powodu, z przyzwyczajenia, z natury. Jest cierpliwy. Nigdy się nie zniechęca. Czasem, gdy mi bardzo źle, biorę go w ramiona i szepczę: Mistrzu Mój, naucz mnie tej radości twojej niezmąconej. Uprość moje ścieżki. I zazwyczaj to działa!

Wczoraj, po przejechaniu 300 km dowiedzieliśmy się, że Roszkowe serduszko jest stabilne i nic się przez ostatni rok nie pogorszyło. I celebrowaliśmy ten dzień - głębokimi rozmowami w podróży, wdzięcznością za to, co JEST. Jeszcze kilka lat temu oddałabym wszystko, żeby słyszeć co roku takie dobre wieści. Okazało się, że nie trzeba oddawać niczego.

Wiecie jak smakuje szczęście? Jak naleśniki z bitą śmietaną w barze w ICZMP w Łodzi, przy ulicy Rzgowskiej, które co roku, po usłyszeniu dobrych wieści, kupujemy Roszkowi. Są pyszne!!!

piątek, 20 września 2019

Ojciec Dyrektor




Bazyli lubi mieć wszystko pod kontrolą. A właściwie wszystkich. Mają spełniać rozkazy i nie dyskutować. Taki Dyrektor Przedsiębiorstwa. Chce być w centrum uwagi - w szkole oklepuje Panie, łapie za łokieć, co chwilę sprawdza, czy o nim przypadkiem nie zapomniały. Nie znosi słowa NIE. Nie akceptuje odmowy. Krzykiem wymusza posłuszeństwo.

Walczymy wszyscy w tej nierównej partyzantce - nauczycielki, terapeuci, my - rodzice. Walczymy i się nie poddajemy, choć Przeciwnik jest silny i nieustępliwy.

Mój świętej pamięci Dziadziuś zawsze powtarzał, że Bazyli ma spojrzenie dyrektorskie. Że na pewno będzie dyrektorem. Hm, może samozwańczym - tak. Ale dziś miało miejsce zdarzenie, które było bardzo sugestywne...
Piątkowe, słoneczne popołudnie. Wyszłam już chłopcami ze szkoły, jednak Bazyli zaczął marudzić i ciągnąć mnie z powrotem. Jako, że nie mówi, pomyślałam, że może coś zostawił i wróciłam z nim do szkoły. Szkoła jest malutka, a pierwszy od wejścia jest... gabinet dyrektora! Bazyli postał chwilę pod drzwiami, pomarudził. Ewidentnie fascynowało go to pomieszczenie. Drzwi były otwarte, w środku pusto. Zakazany owoc. Jeszcze nieodkryty. Bazyli nie wytrzymał i wtargnął do środka. Zareagowałam ostro, że nie wolno tam wchodzić, że natychmiast ma wyjść. Posłuchał. Ale nadal nie chciał odejść spod drzwi. Nadszedł na to Pan Dyrektor, uśmiechnął się do Baza i wszedł do swojego gabinetu nie zamykając drzwi. Ja ciągnę Baza, niezręcznie przepraszam, że sobie upodobał to miejsce, że nie mogę mu wytłumaczyć... Bazyli chyba wyczuł sympatię Pana Dyrektora, bo, niby godząc się na odwrót, który zarządziłam, jeszcze raz desperacko wtargnął do gabinetu, i przy zdziwionej minie Pana Dyrektora i mojej dotknął palcem każdego mebla znajdującego się w tym pomieszczeniu. Wykonał takie muśnięcie przelotem. Trwało to może sekundę, może dwie, bo to mały pokoik i mebli niewiele. Ale było to tak wymowne... Jakby Baz chciał powiedzieć - to jeszcze nie mój czas, jeszcze nie mogę tu być, ale wiedzcie, że kiedyś wrócę i to wszystko będzie MOJE.

Było to komiczne i straszne zarazem. Takie ostatnie słowo - nie wypowiedziane, a pokazane.
Takie złowrogie: Ja tu jeszcze wrócę!...

Nie ma ktoś do oddania stanowiska dyrektorskiego - z dużym zakresem władzy i malutkimi wymaganiami? Bazyli chętnie przyjmie.


Zdjęcie Dyrektora autorstwa Pani Julity Prętkiej :)

piątek, 13 września 2019

Bliżej nieba


Ostatni raz byliśmy sami w górach.... 12 lat temu, w podróży poślubnej.. Za młodu przemierzyłam większość pasm gór polskich, razem z P. na wspólne wypady wybieraliśmy się najczęściej właśnie w góry... A potem pojawiły się Endorfinki i nic już nie było jak dawniej. Zaliczyliśmy jeden trzydniowy rodzinny pobyt w górach - gdy Roszek miał 2,5 roku a Bazylek 8 miesięcy. Jeszcze wtedy dawaliśmy radę ich nosić w nosidle i chuście. A potem.... długo, długo nic. Z chłopcami możemy jedynie pójść na króciutki spacer lub wjechać kolejką wagonikową na szczyt.

Tęskniliśmy za górami. P. czasem jechał na jednodniową wycieczkę. Ja marzyłam, snułam plany, i.... czekałam. I wreszcie - udało się! Oboje mamy urodziny we wrześniu i to był taki prezent od moich rodziców dla nas. Wycieczka w góry trwała aż...dobę z kawałkiem :) Na więcej nie odważyłabym się skazywać moich rodziców. Wycisnęliśmy tę dobę jak cytrynkę - przeszliśmy, ile się dało, a wisienką na torcie był nocleg w schronisku na Szrenicy, na samym szczycie góry.

I dopiero tam, na górze, zrozumiałam, jak bardzo było nam to potrzebne. Jak cudownie jest pobyć samemu ze sobą, z mężem, po prostu iść przed siebie, chłonąć przestrzeń, wiatr, napawać się obłędnymi widokami i nie martwić się, nie pilnować, kto siku, kto kupę a kto jeść.... Przytuliłam tam samą siebie. Wyczesałam z myśli niepotrzebny kurz i kołtuny. Rozprostowałam przykurczone od ciągłego napięcia pragnienia. Obudziłam w sobie pewność, że jestem kompletna, taka, jaka jestem, potrzebna światu. Wróciła do mnie moja łagodna natura i już nie chcę jej utracić. Zabrałam ze sobą tę pewność tutaj, na dół, gdzie przywitał nas w domu krzyk Baza i nieporadność Roszka, gdzie maile, telefony, dokumenty, lekarze, zalecenia i rzesza ludzi. Zjeżdżając w dół wyciągiem już wiedziałam, że chcę tam wrócić. Po spokój, ciszę, po oszałamiającą prostotę życia, jaką tutaj, w domu, nagminnie gubię i zaburzam.

I najważniejsze - przypomniało nam się z P., jak się bardzo lubimy. Nawet okazało się, że ja wcale nie muszę tyle mówić i narzekać. Że po prostu lubimy podobne rzeczy i dobrze nam iść sobie razem za ręce, w przyrodę, w piękny świat. Jakoś w domu, w pracy, z chłopcami wszystko jest trudniejsze, jakby oplatały nas pajęczyny zmartwień, problemów, niezałatwionych spraw... Trudniej się przebić do serca, do siebie, do źródła, jakbyśmy żyli pod powierzchnią, ciągle nie dosięgając prawdziwej istoty życia. Raz po raz udaje się wystawić łeb ponad to wszystko i zaczerpnąć czystego powietrza, tej cudownej niezmąconej pewności, po co się żyje.

I to był krótki, ale bardzo treściwy oddech :)























































Mamsiu, Tatsiu! Dziękujemy :)
Nieśmiało marzę, że powroty tam staną się naszą coroczną urodzinową tradycją...