czwartek, 14 września 2017

Drobinka

Myślami wracam nad morze... Był to dla mnie jakiś przełomowy wyjazd. Może dlatego, że tym razem bez P.? Może dlatego, że po dwóch miesiącach z dziećmi w domu byłam już zmęczona i wymięta? A może po prostu nadszedł czas na kolejny remanent, sprzątanie głowy i duszy?

Byłam w kryzysie. Który to już raz oplotła mnie ta czarna smoła złych emocji: lęku, wyrzutów i frustracji? Mieszanka gorzka diabelnie i niestrawna.

Wyjazd nad morze podziałał jak lont, który się we mnie zapalił, prowadząc do wybuchu. Wszędzie dookoła widziałam normalne rodziny, dzieci, które godzinami bawią się na piasku, które bawią się w wodzie, bawią się z rodzicami. Dużo zrelaksowanych, wypoczywających ludzi. Mam jedną znajomą, która nie daje mi zapomnieć, że nie ma grzecznych dzieci i każdy rodzic ma swoje troski i jest zmęczony. Wiem, to prawda. Ale chodzi o inny sposób spędzania wolnego czasu - wspólne puszczanie latawca, budowanie zamku, kąpiele z dmuchanymi zabawkami, wreszcie rozmowy, zabawy, gry. Biegając za Roszkiem po plaży tam i z powrotem (a biegam tak od ośmiu lat) i ciągle pilnując Bazyla, by nie uciekł z plaży dosadnie poczułam BRAK. Brak wielu rzeczy, o jakich marzyłam, na jakie czekałam, jakich chciałam. Widok zdrowych dzieci stawał się bolesny. Tyle lat broniłam się przed tym uczuciem, nie podsycałam w sobie żalu i zazdrości, nie porównywałam. A jednak to przychodzi - jak wezbrana fala - ten ból, tęsknota.

W tym roku na naszym kempingu było wyjątkowo dużo osób niepełnosprawnych, w tym cudowna niemiecka rodzina z dziesięcioletnim chłopcem z zespołem Downa. Byłam zaskoczona, że to własnie z nimi - obcokrajowcami, kalecząc po angielsku najprostsze zdania - z nimi rozumiałam się bez słów i od razu byliśmy sobie niezwykle bliscy. Podobne doświadczenia, ten sam ból i ta sama trudna droga sprawiły, że otworzyłam serce przed obcymi ludźmi i dostałam wiele dobrej energii w zamian.

I to był początek powrotu do siebie.

Unosiły mnie morskie fale i to przynosiło ukojenie - jestem tylko malutką drobinką we wszechświecie - myślałam sobie - więc jak śmiesznie maciupeńkie muszą być moje zmartwienia...

Po powrocie wizyta u psychologa:
- Pani jest przestymulowana. Za dużo Pani myśli, szuka, czyta, analizuje. Proszę odpuścić.

O tak!

Zatrzymałam się.



Odpuszczam sobie. Przebaczam sobie wszystko, za co się obwiniam. Przytulam się sama do siebie. Przytulam swoje dzieci. Przytulam swoje tęsknoty.

Na razie działa :)


2 komentarze :

  1. W liceum przeczytałam pierwszy raz "Przebudzenie" de Mello. Zapamiętałam zdanie: "Jesteś niebem obserwujących chmury". Staram się nim bywać, kiedy udaje mi się nie porównywać i nie zazdrościć. Po utytłaniu w zazdrości, po pięciu latach zaczyna odpuszczać. Może warto pozwolić jej pobyć? Nie wiem. Każdy ma inną drogę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobrze powiedziane. Odpusc sobie,ciesz sie z tego, co masz, ja tez doskonale znam to uczucie, jak czujesz sie inna, dziwna,itp. Wierze w to, ze wkoncu,poczujesz sie jak normalna matka, normalnych dzieci. Ja tak wlasnie sie poczulam tydzien temu, idac na wesele z dziecmi. Przez 7 lat byly ciagle piski, wrzaski,ucieczki, kurczowe trzymanie syna za reke, by nie uciekl, a wyobraz sobie, ze teraz, syn byl bardzo grzeczny, tanczyl z siostra, tak,ze ja moglam tanczyc z wlasnym mezem :) niby nic wielkiego, ale dla mnie byl to przelom, gdy obcy ludzie mowili ze mam bardzo grzeczne dzieci, i nie widac po nich choroby. Mysle ze z czasem, i Twoje chlopaki dojrzeja do tego, by ,,pokazac klase,, i dadzal Ci sie poczuc jak normalna matka. Pozatym odtatnio spotkalam na rehabilitacji malego chlopczyka, ktory cierpial na,,,,, nie wiadomo na co, zaden lekarz nie wie, w kazdym razie jego rodzice uslyszeli, ze ich dziecko juz dawno powinno umrzec, z tyloma wadami.... W takich sytuacjach ciesze sie ze moje dzieci maja ,,tylko,, autyzm, uposledzenie umyslowe, i chorobe serca.... Ciesz sie kazdym dniem, nie obwiniaj i poprostu badz taka wspaniala matka, jak do tej pory, przytulam Cie goraco

    OdpowiedzUsuń