czwartek, 3 września 2015

Berek

Korzystając z pogody, każde popołudnie spędzamy na dworze. I gdy Roch niezmordowanie pracuje nad doktoratem z zakresu krzaczologii stosowanej i patykologii zmiennej, Bzyl pokochał... zabawę w berka. Ganiamy się więc do upadłego - On ucieka piszcząc w niebogłosy, a ja, sapiąc i dysząc, próbuję Go złapać. A ile jest przy tym radości i emocji! Bzyl nauczył się też chować i co chwilę znika mi za samochodem, za domkiem, w garażu. A gdy się zbliżam, poziom ekscytacji sięga zenitu.

Pomiędzy jedną zadyszką a drugą, blisko palpitacji serca (wszak jam jest człek bardzo-nie-w-formie), gdy już na końcu języka miałam złorzeczenie i garść przekleństw, dotarło do mnie, że przecież oto właśnie robię to, na co tyle lat czekałam... Bawię się z własnym dzieckiem, tak klasycznie, do bólu normalnie, rodem z amerykańskiego serialu... Niczym się Bzylątko nie różni od zdrowych dzieci w tym swoim uciekaniu. Nic a nic.
Więc niech berek króluje, niech mnie Bzyl przeczołga z tysiąc razy po trawniku.

Postanowiłam delektować się zadyszką!


2 komentarze :

  1. Po miesiacu zadyszka niezaleznie od kondycji zniknie

    OdpowiedzUsuń
  2. trzymać się zenitu, tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń